Co nowego?

13 Maj

Nieregularność w nazwie zobowiązuje!


3 Gru 2018

Wieloplatformyzm
  • Publicystyka

Rok 2002. Valve ogłasza powstanie platformy do cyfrowej dystrybucji gier – głównie z powodu problemów z aktualizacjami Counter-Strike’a. Rok później Steam, bo o nim mowa, dostępny jest już dla ogółu. Początkowo znienawidzony z powodu konieczności posiadania klienta, by móc grać w najnowszą wersję wcześniej wymienionej gry. Sytuacja powtórzyła się ponownie w związku z premierą Half-Life 2, połączenie z Internetem było wymagane nawet w przypadku zakupu gry pudełkowej. Dodatkowych problemów dorzuciły jeszcze obciążone serwery. Valve jednak nie poddaje się i już w 2005 roku na ich systemie pojawiają się gry od innych wydawców. Szykuje się nowa era gry na komputerze.

Rok 2018. Steam dalej istnieje, a pomysł podchwycili inni wydawcy. Modne jest mieć własną platformę dystrybucyjną. Konkurencja jest zawsze spoko, monopol prowadzi do chorych zagrywek, lecz tutaj mamy stanowcze przesilenie rynku. Electronic Arts mają Origina, Ubisoft wojuje Uplayem, duet Blizzard + Activision zarządzają Battle.netem, Epic Games korzysta z Epic Launchera, a GOG… ma GOGa. Gdzieś tam w tle przewija się również Microsoft, ze swoim sklepem. Właściwie, jeśli gra nie jest na Steamie, to już pewne, że zaraz będziesz musiał pobrać innego klienta. Ba, czasem nawet jeśli gra jest na platformie Valve, to i tak wymagany jest konkurencyjny klient. Tak było chociażby z GTA IV, wymagającego Games for Windows Live.

Czytaj dalej...


31 Paź 2018

Twój wybór
  • Publicystyka

Nie od wczoraj jesteśmy zalewani produkcjami, które oferują nam wielki otwarty świat oraz nieliniową fabułę, co w założeniu ma oddawać w ręce gracza większą dowolność w sposobie rozgrywki. Jest to oczywiście godne pochwały i szybko stało się pewnym standardem pośród „gier z wyższej półki”. Niestety poprzez nadmierną eksploatację pewnych patentów łatwo można je obrzydzić konsumentom. Wydaje mi się, że mamy już do czynienia ze zmęczeniem materiału i potrzebna jest jakaś istotniejsza zmiana w tym systemie.

Każdy sposób przedstawiania historii ma swoje zalety ale także wady i ograniczenia. Odnoszę wrażenie, że wraz z rozrastaniem się dostępnego obszaru eksploracji, rozmywa się główna oś fabularna danej gry. Trudno wczuć się jakoś bardziej w opowieść, gdy aktualnie nasza postać zajęta jest wykonywaniem arcyważnego zadania polegającego na zebraniu dziesięciu kwiatków czy innych wilczych skór. Takie poboczne misje, które nie przedstawiają sobą większej jakości dają czasami chwilkę na odsapnięcie po intensywnym etapie rozgrywki, ale częściej służą jednak jako zasłonka, która skrywa przed grającym okrutną prawdę. Otóż ten wielki wspaniały świat z ogromną liczbą postaci niezależnych jest tylko wydmuszką, którą trudno zapełnić w taki sposób by mogła zyskać wiarygodność. W tym celu wrzuca się tonę gówno wartych zadań, tworzących iluzję, że to wszystko jest jednak po coś. Oczywiście są to zazwyczaj całkowicie opcjonalne questy, ale to chyba nie usprawiedliwia ich miernego poziomu.

Czytaj dalej...


26 Wrz 2018

Sterowani sztuczną inteligencją
  • Recenzje

Newton, 2087. Miastem zarządza zaawansowany system sztucznej inteligencji „Central” we współpracy z CEL – Centralized Emergency Logistics – jednostką policji dowodzoną bezpośrednio przez SI. To nie jedyny postęp technologiczny: ludzie mogą zintegrować się z innymi przedmiotami lub rozwijać swoje możliwości nano-mechanicznymi „wszczepami” pod postacią niebieskich glutów zwanymi wetware czy też żyć w świecie wirtualnej rzeczywistości „Trance”. Tak przedstawia się rzeczywistość w której żyją trzy postacie będące naszymi protoganistami.

Jako pierwszą poznajemy Lathę Sesame, bezrobotną dziewczynę żyjącą na zasiłku, która uzależniona jest od siedzenia w sztucznym świecie. Zaniedbane mieszkanie, kiepskie jedzenie z wbudowanego automatu, maszyna do produkowania wetware zamiast prysznicu. I stos brudnych, wręcz gnijących ubrań, bo po co je prać skoro można dostać nowe od rządu. Sytuacja w której znalazła się ona jest dosyć nietypowa, gdyż system sterujący jej apartamentem nie chce wypuścić jej na zewnątrz.

Czytaj dalej...


11 Wrz 2018

Deszcz. I Słońce; Kwiat
  • Recenzje

Teoretycznie Sudy51 nie ma potrzeby przedstawiać, ale kulturka nakazuje. Goichi Suda, człowiek stojący za Grasshopper Manufacture i takimi grami jak Killer7, No More Heroes czy Lollipop Chainsaw. Wiecie, go to pięć po japońsku, a ichi to jeden. Pomysłowy z niego skurczybyk, co nie? Chłop jest dosyć ekscentryczny, więc produkcje wychodzące z jego studia są równie pokręcone. Pierwsze ich tytuły zazwyczaj nie opuszczały Japonii i tak było również z Flower, Sun, and Rain, które pierwotnie ukazało się w 2001 roku jedynie na PlayStation 2. Z pomocą przyszedł deweloper h.a.n.d., który dokonał konwersji na konsolki Nintendo DS, dzięki czemu gra ukazała się również poza krajem samurajów. Czy to dobrze? Tego dowiecie się z tej recenzji.

Wcielamy się w postać o imieniu Sumio Mondo, który jest kimś w rodzaju detektywa, mówi o sobie że jest poszukiwaczem. Dostaje on zlecenie na wyspie Lospass, jego zadaniem jest znaleźć i powstrzymać terrorystę przed wysadzeniem bomby w samolocie. Trafia on do tytułowego hotelu, by poznać swojego zleceniodawcę, kierownika przybytku o imieniu Edo Macalister. Zostaje przydzielony mu pokój, a z ranka ma udać się na lotnisko by wykonać swoją pracę. Każdy poranek wygląda więc następująco: telefon z pobudką i zaproszeniem na śniadanie od Edo, gleba przed łóżkiem, następnie kawka i opcjonalne sprawdzenie listy zagubionych przedmiotów na dany dzień. Niestety, każdego dnia zostaje zatrzymany przez kogoś po drodze, a jego charakter nie pozwala mu odmówić pomocy. Po zrobieniu dobrego uczynku widzimy jednak, że spartoliliśmy sprawę, gdy kamera przemieszcza się na niebo, na którym akurat wybucha samolot. No i restart, budzimy się i jazda. Tak, nasz bohater umieszczony jest w pętli czasowej i to nie jest żaden spojler. Z każdym dniem jednak udaje się nam przemieszczać coraz dalej, stopniowo schodzimy piętrami hotelu, by w końcu z niego wyjść i poznawać okolicę. Przy okazji, gra jest sztucznie wydłużana w ten sposób, gdyż wszystko znajduje się od siebie cholernie daleko. Przejście z pokoju w hotelu do znajdującego się nieopodal baru szybkiego obsługi to jakieś pięć minut trzymania guzika odpowiadającego za chodzenie.

Czytaj dalej...


6 Wrz 2018

Na marginesie życia
  • Publicystyka

Nie tak dawno dotarła do nas smutna informacja o tym, że strona Emuparadise przestała oferować dostęp do bogatej biblioteki ROMów. Dla wielu użytkowników Internetu był to niemały szok, ponieważ ta konkretna witryna była ich głównym źródłem pozyskiwania gier na starsze konsole. Równocześnie pojawiły się informację mówiące, że kolejne strony internetowe dobrowolnie rezygnują z tego typu działalności, zanim ktoś zdąży je podać do sądu. Była to reakcja na pozew wystosowany przez Nintendo przeciwko nie znanym mi dotąd portalom Love Retro i Love Roms, które udostępniały nielegalnie własność intelektualną japońskiej korporacji. Chociaż ta sytuacja mi się nie podoba, to dziwi mnie, że doszło do tego dopiero teraz.

Wielkie firmy nieszczególnie przejmowały się do tej pory kwestią ROMów, choć z pewnością zdawały sobie doskonale sprawę z istnienia sceny emulacji. Każdy zapewne słyszał o brawurowej akcji, jaką niegdyś przeprowadziło Sony, gdy na Dreamcast’cie pojawiły się gry z pierwszego Playstation, odpalane dzięki technologii dostarczonej przez Bleem!. Nieszczególnie dziwi, że znany producent telewizorów skierował twórców tego emulatora do sądu, gdyż tracili w ten sposób zarobek ze sprzedaży konsol, aczkolwiek nadal mogli kosić hajs na sprzedaży tytułów na wyłączność, gdyż oryginalne nośniki z grą były wymagane do uruchomienia ich sprzęcie konkurencji. Żeby było zabawniej sąd uznał, że emulatory są jednak spoko i Sony nic nie może zrobić. Udało im się jednak odnieść zwycięstwo, ponieważ Bleem! wykończony ciągnącym się procesem utracił płynność finansową, a ewentualni naśladowcy dostali ostrzeżenie, by nie zadzierać z bogatszymi od siebie. Oprogramowanie pozwalające na uruchamianie gier przeznaczonych na różne sprzęty oczywiście nadal istniało, ale nikt nie wpadł już na ryzykowny pomysł rozprowadzania go oficjalnymi kanałami sprzedaży tak jak Bleemcasta.

Czytaj dalej...