29 Sty 2025

Podsumowanie roku 2024 - jakbu

Sprawdzając zeszłoroczne podsumowanie widzę, że co nieco nakłamałem. Pośpieszyłem się z napisaniem tekstu, gdyż Yakuzę 3 przeszedłem jeszcze w 2023. Falstart. Zakładałem, że premierowo ogram więcej gier, lecz nie przeszedłem żadnej. Zrezygnowałem z subskrypcji Game Pass. No cóż, już nie kosztuje 2 złote miesięcznie. A jeżeli chodziło o przewidywania rynkowe… czy obecna generacja w końcu się rozkręciła? Nie wiem, choć pomimo tego, że dodaję sobie co jakiś czas kolejne nowości na listę życzeń to nie mam wielkiego parcia na świeży temat. W 2025 na premierę kupię przygody Majimy w przebraniu pirata, aczkolwiek zagram w nie dopiero jak dogonię serię. Możliwe, że to będzie jedyna nowa pozycja w 2025. Czekam grzecznie na następcę Switcha, by nadrobić bibliotekę obecnej generacji, o ile rzeczywiście dostaniemy porządną kompatybilność wsteczną z obsługą kartridży. Zobaczymy czym zaskoczą Nintendo. Jeżeli będzie inaczej to będę wahał się między nowym sprzętem, a pierwowzorem w wersji OLED. Co do postanowień noworocznych, ostatecznie moją misją było przejść cztery gry z cyklu Yakuza oraz dwie części Final Fantasy. To o dziwo się udało.

Podobnie jak w zeszłym roku wybiorę sobie trzy gry, które zasługują na wspomnienie. Już standardowo dla siebie, będzie to jakaś Yakuza. Wszystkie cztery pozycje, które pokonałem były dobrymi grami. Czwarta część to super szpil, który wprowadza moją ulubioną postać – Shuna Akiyamę. Ciężko jest cokolwiek zarzucić tej grze, bo właściwie to wszystko robi dobrze. Piątka również jest wspaniałą przygodą, choć tutaj trochę narzekałem na dużą ilość długich rozpraszaczy. Twórcy trochę zbyt ambitnie podeszli do „zróbmy wszystko więcej i lepiej” i zajęć dedykowanym poszczególnym postaciom. Mogłyby być ich trochę mniej i nikt by na tym nie ucierpiał. Na podobną przypadłość cierpi Lost Judgment, czyli kontynuacja detektywistycznej gry pobocznej do serii. Niestety, tutaj wręcz przegięto z dodatkowymi atrakcjami. Misje powiązane z aktywnością kółek zainteresowań w liceum są albo bardzo długie i monotonne (boks, wyścigi na motocyklach), albo krótkie i zrobione po łebkach (klub e-sportowy). Dlatego na specjalne wyróżnienie zasługuje w tym roku inna dodatkowa gra w serii – Yakuza: Dead Souls. Odjechana fabuła z zombiakami opanowującymi Kamurocho w roli głównej. Walka wręcz schodzi na drugi plan. Tutaj królują giwery, strzelby, karabiny maszynowe, miniguny, co tam sobie wymarzysz. Co prawda sterowanie jest bardzo kwadratowe co stanowi najgorszą stroną tego majstersztyka, ale godzina i idzie się przyzwyczaić na tyle, by sadzić soczyste strzały prosto w głowę nieumarłym i wykaszać ich całe hordy. Miasto cały czas ewoluuje: potwory przejmują kolejne ulice, obszary kwarantanny ciągle się zmieniają, miejsca dostępu za linię wroga przenoszą się, tak samo i wóz z warsztatem broni i amunicji. To pokazuje wręcz nieskończony potencjał dzielnicy, która gra główną rolę w prawie każdej grze z cyklu Yakuza od 2006 roku. Dodać do tego musimy humor, który poszedł w jeszcze większy niż zazwyczaj absurd. Postrzelamy do zombiaków z połączenia wyrzutni piłek bejsbolowych z wózkiem sklepowym oraz granatami, porozjeżdżamy potwory koparkami, weźmiemy udział w kręceniu niskobudżetowego horroru, a kulminacją może być występ Majimy na karaoke. Muzyka zasługuje tutaj na specjalne wyróżnienie, z racji sporej ilości elektroniki i zahaczanie o takie gatunki jak gabber czy digital hardcore. Dla mnie na plus, wprowadza to sporo świeżości i bujania głową. Niestety, nie jest to pozycja doskonała, gdzie poza wcześniej wspomnianym sterowaniem można też ponarzekać na misje poboczne związane z kanałami pod Kamurocho. Te rogalikowe przygody są mocno monotonne oraz obrzydliwie długie, w szczególności na dalszych etapach rozgrywki. Wielka szkoda, ponieważ historia związana z tymi aktywnościami wydawała się ciekawa. Przynajmniej do tego momentu, do którego miałem jeszcze pokłady cierpliwości.

Drugą pozycją wartą polecenia jest Stranger of Paradise: Final Fantasy Origin, czyli frywolna reinterpretacja początków serii w wykonaniu Team Ninja. Zamiast turowej walki i szwendania się po mapie otrzymujemy liniową grę akcji z dużą ilością satysfakcjonującego koszenia przeciwników oraz potężny system rozwoju postaci oparty głównie o klasy, które gracze mogą znać z piątej części cyklu. Postaciom można przypisywać takie role jak mag, maruder czy ronin, a później łączyć je i ewoluować w następne, bardziej wyspecjalizowane klasy. I to niejednokrotnie. Nie ma również problemu, by przed misją żonglować już wyuczonymi się zawodami. Eksperymentować można do woli, również z orężem. Powalczymy mieczami jednoręcznymi i dwuręcznymi, katanami, maczugami, toporami, sztyletami, lancami a nawet kastetami. Bardzo dużym plusem jest guzik z automatycznym wyposażeniem naszej drużyny. Wystarczy, że wybierzemy im klasę, rodzaj broni, a reszta ekwipunku sama dobierze się pod nasz styl gry. Zawsze to zaoszczędza kilku godzin przesiadywania w menusach. Fabularnie jest dość prosto i luzacko, choć historia jest lepiej napisana, niż ta z piętnastej głównej gry. Humoru jest sporo, bohaterów da się lubić, mają swoje wady i zalety. Główny protagonista, Jack, jest krawędziowy do bólu co ma swój urok. W tańcu się nie pierdoli, przerywa wszystkim, jak ktoś według niego gada głupoty, to kwituje to krótkim bullshit. I zakłada słuchawki w których nadupia nu metal. To jest życie. Nic, tylko wskakiwać i walczyć ze wszędobylskim chaosem.

Ostatnią pozycją, która zapadła mi w pamięć będzie Discworld Noir. Wahałem się, czy nie dać tutaj innego reprezentanta przygodówek w klimacie noir, to jest Deja Vu, jednak to gra oparta o uniwersum Świata dysku Terry’ego Pratchetta skradła moje serce. Rzec, że jest to powieść oparta o klasyki czarnego kina, byłaby sporym niedopowiedzeniem. Jest to wręcz reinterpretacja Casablanki, tyle, że umiejscowiona w Ankh-Morpork zamiast w marokańskim mieście. Jest więc mroczniej, zimniej i wilgotniej, a dodatkowo poza ludźmi znajdziemy tutaj zarówno trole, wilkołaki czy elfy. Klimat zdecydowanie robi robotę. Fabularnie wcielamy się w rolę detektywa ze złamanym sercem, który cienko przędzie. W jego życiu jednak zjawia się seksowna kobieta z dużym majątkiem oraz zleceniem, które odmieni jego los. Misją jest znaleźć Mundiego, który zniknął po powrocie do miasta dwa dni temu. Jak to w przygodówkach bywa, zadanie nie jest proste, a zanim dojdziemy do jego sedna musimy rozwiązać wiele pobocznych wątków, a w samym Ankh-Morpork zaczyna szaleć również seryjny morderca. Odwiedzimy wiele lokacji, takich jak bar (niczym w Casablance), gdzie na fortepianie gra Sam (play it again, Sam, niczym w Casablance, no prawie) zakazaną piosenkę zakochanych (…niczym w Casablance), ale również doki przy śmierdzącej rzece Ankh, komisariat policji czy kasyno. Klasyka kina noir. Jak Casablanca, której jest jeszcze więcej w tej grze. Jeżeli oglądaliście ten film to co chwilę znajdziecie do niego nawiązania. A jeżeli nie, to po zagraniu w Discworld Noir będziecie co chwile znajdywać nawiązania do gry oglądając wytwór dziesiątej muzy. Niestety, więcej wam nie zdradzę, choć kinomaniacy na pewno mogą domyśleć się, co wydarzy się w grze. Czasem jest trudno, lecz nigdy hardkorowo. Warto wspomnieć o nietypowym systemie zarządzania dowodami, którego nie widziałem nigdy wcześniej, ani później. Nasz bohater zapisuje sobie wszystkie wydarzenia oraz imiona w notesiku, a my wykorzystujemy je jako tematy, o które może pytać inne postaci. Ale możemy również wybrać przedmiot z ekwipunku i spróbować połączyć go z zapiskiem, by usłyszeć dodatkowe informacje i progresować fabułę. Teksty można łączyć też z innymi. Daje nam to o wiele więcej możliwości, ale też trochę utrudnia postęp, jeżeli faworyzujemy metodę „klikaj na pałę i zobacz, co się stanie”. Zanim wkroczycie w tę wspaniałą przygodę pełną humoru i intrygi miejcie na uwadze, iż nie do końca lubi ona współpracować z dzisiejszym sprzętem i oprogramowaniem. Zalecam korzystanie ze starego komputera, emulatora PC (jak chociażby PCem lub 86box), lub w najgorszym wypadku wersję na PlayStation. Choć nie wygląda ona tak dobrze, jak stacjonarny ekwiwalent.

Na bieżący rok nie mam żadnych postanowień. Dalej będę próbował dogonić serię Yakuza oraz wkręcić się w gatunek gier fabularnych, zarówno zachodnich jak i japońskich. W przypadku retro tematów chciałbym też przesiąść się z korzystania z urządzenia do skalowania oraz płaskiego telewizora i wrócić do sprzętu z grubą dupą zwaną kineskopem. Choć trzy takie krowy grzecznie siedzą w piwnicy, poszukiwania za odbiornikiem spełniającym większość moich oczekiwań wciąż trwają. Gdy już znajdę tego jedynego, zacznie się wielkie nadrabianie pozycji z drugiego PlayStation czy pierwszego Xboxa. Bo z Dreamcastem zostanę na OLED-zie. W końcu miał wypust VGA. Tymczasem uciekam dalej grać w szóstą część przygód Kiryu Kazumy (w chwili publikacji tekstu jest to nieaktualne: przeszedłem!). Trzymajcie się, życzę wam szczęśliwego nowego roku.

- jakbu