26 Sty 2025
Podsumowanie roku 2024 - KedzarNie pisałem na memorkę zbyt wiele w ubiegłym roku. Zaliczam to w rozrachunku do swoich porażek. Miałem nawet przygotowany tekst o Inscryption i całej niepołączonej tytularnie serii od Daniela Mullinsa. Niestety nie dopiąłem tego na ostatni guzik i odłożyłem, a w międzyczasie straciłem sporo energii oraz czasu w nowej pracy. Przełożyło się to nie tylko na piśmiennicze wojaże, ale również na samo granie i liczbę tytułów, jakie udało mi się przejść w ciągu tych dwunastu miesięcy. W 2023 dumnie wypinałem pierś i zadzierałem nosa, bijąc wyzwanie na 52 gry w roku aż o 15 pozycji. Natomiast w aktualnie zwieńczonym anno domini 2024 nawet nie dobiłem do pięćdziesiątki, ledwo przebijając cztery dyszki, i to głównie krótkich gier. Nie jest to żaden zarzut w ich stronę, bo lubię grać w zwięzłe, ale szczere i ciekawe pozycje, jedynie chciałem zwrócić uwagę, że z wolnym czasem naprawdę bywało krucho. Znalezienie chwili na wszystko, co by się chciało robić, jest chyba głównym wyzwaniem w tej naszej życiowej grze - balansowanie na granicy wyspania, zarabiania na utrzymanie i korzystania z pozostałych kilku godzin. Podsumowanie miało być jednak o grach, a nie o spowiedzi czy wartościach życiowych. Z tych kilkudziesięciu ukończonych tytułów wybrałem parę przykładów, o których pokrótce napiszę i opowiem, dlaczego akurat one mogą, a nawet powinny, zwrócić waszą uwagę.
Zaczynając od gry, która wywarła na mnie pozytywne wrażenie i to ku mojemu zaskoczeniu. Dostałem RoboCop: Rogue City w ramach prezentu (dziękuję!) i jak się okazało był na dobrej przecenie, bo aż o połowę taniej. Jednak niepewność co do jakości gry została. Nie sądziłem, że spędzę w niej 20 godzin i będę się cały czas dobrze bawił. Jak na tamtą chwilę, moje obawy były całkiem uzasadnione. Nie dość, że robił to jakiś rodzimy zespół (Teyon), to jeszcze nigdy o nim wcześniej nie słyszałem, a ten projekt wydawał się być sporą kobyłą. A tu ani budżetu, jakim mogłyby się pochwalić dobre gry od znanych studio, ani większego doświadczenia w dostarczaniu wysokiej klasy repertuaru. Niemniej jednak, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Więc, jak widzicie, oczekiwania wysokie nie były. Spodziewałem się jakiegoś przeciętnego FPSa, który po prostu będzie miał za główną postać tytularnego RoboCopa, i na tym się plusy skończą. Dodatkowo, w ramach przygotowania do zabawy w cyber-policjanta, obejrzałem wszystkie trzy filmy. Tutaj muszę nadmienić, że zgadzam się z krytykami filmowymi – tylko pierwsza część wnosi coś więcej niż kino akcji, a pozostałe dwie są po prostu dobre lub średnie.
Mając już za sobą zaplecze fabularne i niewielkie oczekiwania, odpaliłem RoboCopa. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jakość graficzna, która była nadzwyczaj dobra. Niestety, jakość efektów oraz wypucowanie modeli otoczenia odkryły dość duży problem braku dobrej optymalizacji. W ciągu całej gry zdarzyło się sporo momentów, w których komputer nie dawał rady udźwignąć serwowanej grafiki. Jest też powszechnie znany problem z tym, że RoboCop: Rogue City potrafi wyrzucić błąd i wykopać gracza do pulpitu, i to w konkretnych momentach, takich jak krótki filmik po pokonaniu bossa, który wrył mi się w pamięć przez to, ile razy zamknął mi grę. W pewnym momencie chyba nawet zacząłem odprawiać voodoo i modlić się do mechanicznego boga, by pozwolił mi przejść dalej.
Niemniej jednak wybaczając te problemy graficzne i te z działaniem gry, udało mi się ją ukończyć. Rozgrywka była bardzo przyjemna, zwłaszcza w oddawaniu uczucia prawie niezniszczalnego roboto-człowieka egzekwującego sprawiedliwość na każdym złoczyńcy. Używamy do tego swojego niezastąpionego, kultowego wręcz pistoletu “Auto 9”, który dodatkowo możemy dostosować do swojego stylu gry używając znajdowanych w lokacjach chipów. Możemy zrobić z niego półautomatyczny karabinek, rewolwer z eksplodującymi głowy i ciała nabojami, czy chociażby trójstrzelny penetrujący metal pistolet. Jest to ciekawa minigra, niestety miewa swoje problemy i wymaga odrobiny szczęścia, ponieważ chipy są losowane przy ich podnoszeniu.
Fabularnie gra trzyma się mocno uniwersum filmowego. Napotkamy mnóstwo nawiązań, nazw czy postaci. Same półotwarte lokacje przypominają te, które pojawiały się w filmach i wiernie je oddają, a nawet rozszerzają, oddając nam do dyspozycji część Detroit, jakiej jeszcze nie widzieliśmy. Gangi, rozbójnicy i cała zgraja tałatajstwa aż proszą się, by wziąć sprawy w swoje robo-ręce. Zadania, jakie dostajemy, dzielą się na te główne i poboczne, znajdowane w lokacjach po porozmawianiu z postaciami potrzebującymi naszej pomocy. To jest to, czego się po tej grze nie spodziewałem. Czyli rozbudowanego systemu zadań, fabuły mającej ręce i nogi, a w tym wszystkim wielkimi literami krzyczących nawiązań do uniwersum znanego z filmów.
Gra mająca niewielki budżet. Zrobiona przez rodzime studio Teyon. Mająca trochę do nadrobienia pod względem optymalizacji i płynnego działania. Sprawiła, że uwierzyłem, że da się zrobić coś dobrego dla graczy. Wystarczy tworzyć w oparciu o źródło, wiedzieć, co chce się osiągnąć i po prostu to zrobić. Bawiłem się naprawdę dobrze i wreszcie miałem okazję wcielić się i poczuć w skórze mojej ulubionej figurki z lat dzieciństwa, RoboCopa.
Innym maratonem, niestety już niezawierającym w sobie filmów kinowych, ale wciąż będącym naprawdę dobrym doświadczeniem, jest ogranie trylogii Frog Detective. W ramach fascynacji grami detektywistycznymi, trafiła w moje ręce ta cudowna mała seria. O żabie, która jest drugim najlepszym inspektorem na świecie. Pierwszym jest Policjant Homar (eng. Lobster Cop), którego nasz detektyw stawia sobie za wzór i chce kiedyś prześcignąć.
Styl graficzny tego arcydzieła mnie mocno urzekł. Jest taki prosty i kolorowy. Nastawia gracza od razu na pozytywne wibracje płynące z wnętrza tych gier. Również dialogi, pisane w sposób lekki i niewyrafinowany, a jednak oddający dokładnie czyjś charakter. Każda z postaci jest unikalna oraz ma jakiś własny problem czy aspekt, który przyciąga uwagę. Cała trylogia stroi sobie żarty z powagi innych detektywistycznych gier, ale nie jest aż tak prosta, jak mogłoby się wydawać.
Warto zauważyć, że nie są to długie gry, raptem maksymalnie kilka godzin. Pierwsza część – The Haunted Island jest zdecydowanie najkrótsza, bo trwa niecałą godzinę i zawiera się na tytułowej wysepce, która jest po prostu mała. Spełnia swoją rolę jako wprowadzenie do serii i robi to bardzo zgrabnie. Tak jak i w każdej następnej części, na starcie łapiemy za naszą Specjalną Lupę i odbywamy rozmowę telefoniczną z przełożonym. Jeśli myślicie, że do czegoś ta lupa przyda się w grze, to… zostawię wam do odkrycia. Po telefonie, podczas którego dowiadujemy się o interesujących nas wydarzeniach, wyruszamy na wyspę. Tam spotykamy naukowców, którzy udają, że są stracho-ekspertami, oraz kilka innych postaci, i każda potrzebuje naszej pomocy. Musimy rozwiązać zagadkę nawiedzenia! Okazuje się, że z jednej jaskini słychać co jakiś czas dźwięki. Chodząc od jednego do drugiego zwierzęcia, nawiązujemy przyjaźnie i przekazujemy przedmioty, o których wspominają. Gdy udaje nam się rozwiązać zagadkę, gra kończy się wspólnym konkursem tańca, bo dlaczego by nie.
Druga część, która powstała dzięki wsparciu finansowemu wydawcy Superhot, dostarcza odrobinę więcej mechanik. Tym razem lądujemy naszym żabim detektywem w małym miasteczku, w którym zaobserwowano dziwne zjawisko znikającego czarodzieja. The Case of Invisible Wizard również da się ukończyć w krótkim, półtoragodzinnym okresie. Jest tu jednak nieco więcej do robienia i odnajdywania. Gdy już pomożemy rozwikłać zagadkę to wsiadamy do mini-pociągu i tańczymy ze wszystkimi miejscowymi. Tutaj również napotykamy przekrój przyjaznych charakterów, ciekawe dialogi, a przede wszystkim, znowu rozwiązujemy zagadkę pod nieobecność Lobster Copa, który miał się nią własnoręcznie zająć. Czy coś jest na rzeczy?
Na to pytanie odpowiada nam trzecia, największa część. Tym razem przejście jej zajmuje jakieś dwie do trzech godzin. Zawiera w sobie kilka miejsc i wobec pierwszej części jest dwa lub trzy razy większa w skali. Na szczęście w ramach pomocy w poruszaniu się, do dyspozycji dostajemy hulajnogę! Jeszcze więcej postaci, rozmów i rozwiązywania zagadki, która jest niebanalna, bo dotyczy korupcji. Corruption at Cowboy County zabiera nas do miasteczka pełnego kowbojów, rozbojów i pojedynków w samo południe. Jednak największą zagadką pozostaje, dlaczego to Lobster Cop jest najlepszym detektywem, a nie my? Oraz kim do cholery jest pojawiająca się w niektórych miejscach w pierwszej i drugiej części postać, która nie ma z nami żadnej interakcji, poza wyskakiwaniem zza rogu jakiejś budowli i znikając od razu, gdy tylko tam spojrzymy.
Ta przemiła, radosna i bardzo prosta historia opierająca się na tych trzech swego rodzaju aktach jest warta uwagi każdego, kto szuka spokojnej i zabawnej rozrywki na weekendowy wieczór. Można się pośmiać i odprężyć. To było coś, czego ja sam potrzebowałem przez ostatni rok najbardziej.
Zamykając to jakże dziwne zestawienie, chciałem jeszcze wspomnieć o sequelu do gry, którą pokochałem w 2023. W zeszłym roku miała premierę gra The Rise of the Golden Idol. Podejmuje ona ponownie temat Złotego Bożka, ale już w bardziej współczesnym świecie. Kolorowe lata siedemdziesiąte, hipisi, a także odkrycia kultur i rozpowszechnienie się mediów. Gra się bardzo prosto, bo trzeba jedynie klikać na wyznaczone, interaktywne miejsca i zbierać ważne dla fabuły słowa. Potem należy z tego zbioru wybrać te, które mają najwięcej sensu i pasują do układanki w postaci opowiadania. Wszystko po to, by zrozumieć, co właściwie się wydarzyło i co spowodowało efekt, jaki zastaliśmy na starcie.
W tej części poprawiono niektóre elementy interfejsu, zmieniono sposób, w jaki się wchodzi z nim w interakcję, a przede wszystkim skrócono scenariusze. Każdy akt został podzielony na kilka krótkich scenek, które się przeplatają i łączą ze sobą w spójną całość, a każda odpowiada za urywek historii z innej perspektywy. Wizualnie, gra również uległa lekkim zmianom. Ostrzejsze krawędzie dwuwymiarowych obiektów, jaskrawa paleta barw i świetny styl rysowania twarzy. Trochę brakowało mi kanciastych pikselowych niedopracowań, jakie były w pierwszej odsłonie, ale bardzo szybko się przyzwyczaiłem do tego odświeżonego widoku.
Spędziłem klikając i odkrywając dalsze losy naszego Golden Idola dobre 12 godzin, tym samym dorównując do wyznaczonego przez poprzedniczkę czasu. Czekam teraz na kolejne zawartości do pobrania, ponieważ zapowiedziano przynajmniej cztery dodatki z kolejnymi historiami do odgadnięcia. Mam nadzieję, że powstanie więcej gier tego typu, jak chociażby istniejący już starszy brat Return of the Obra Dinn.
Mam nadzieję, że ten aktualny rok 2025 będzie łaskawszy dla każdego i że odnajdziemy się w tym zamęcie i pośpiechu dnia codziennego. W tym miejscu nie zadeklaruję, że na pewno przejdę 52 gry, bo już teraz w to powątpiewam. Niemniej jednak będę starał się grać w nowe, stare czy dziwne gry tak często, jak tylko dam radę. Mój backlog wciąż nie chudnie, więc jest w co grać, jest czego doświadczać. Powodzenia Wam wszystkim!