22 Sty 2025

Podsumowanie roku 2024 - Oskier

Wygląda na to, że w ubiegłym roku nie grałem szczególnie dużo. Próbując sobie przypomnieć, jakie tytuły pochłonęły najwięcej mojego czasu, nie jestem w stanie przywołać zbyt wielu z nich. Moje „duże” konsole służyły częściej za maszynki do oglądania treści z popularnych serwisów streamingowych niż jako platformy do gier. Skorzystały na tym handheldy, które pozwalały na bezmyślne wciskanie guzików w wyrze, tramwaju czy na działce. Może to kwestia tego, że wciąż nie przeskoczyłem na aktualną generację sprzętu i siłą rzeczy nie miałem okazji zaznajomić się z coraz większą ilością nowości, ale szczerze mówiąc nie czuję na to parcia.

Całkiem dużo godzin życia zmarnowałem na przejście dwóch części Digimon Story, korzystając z mojej wiernej PS Vity. Do tej pory miałem styczność jedynie z Cyfrowymi Potworami na Nintendo DS, a było to już ładnych parę lat temu. Musiały one jednak zostawić po sobie pozytywne wspomnienia, bo do przygód cyber szpiega (ang. Cyber Sleuth) zabrałem się ze sporym entuzjazmem. Liczyłem na grindowanie poziomów i multum możliwości rozwoju stworków, co w sumie zostało w jakimś stopniu dostarczone, jednak gry te cierpią na pewne niedojebanie. Może ktoś uznał, że w Digimony grają już tylko najwierniejsi fani, którzy znają wszystkie mechaniki na wylot i objaśnienie wszelakich niuansów związanych z digimorfozą to strata cennych bitów. Ja przez to na pewno straciłem trochę czasu, pakując moich skurwysynków jak na ruskiej siłce, by gdzieś w połowie gry ogarnąć, że nie jest to najlepsza strategia i o wiele korzystniej będzie systematycznie cofać potworki w rozwoju. Zdarza się nawet w najlepszej rodzinie. Oczywiście nie przeszkodziło mi to w późniejszym najebaniu wszystkim opcjonalnym bossom i po przewinięciu napisów końcowych, natychmiastowym rozpoczęciu części drugiej. Wspaniałe jest to, że w pewnym momencie sam już się gubiłem w meandrach ewolucji i trudno było mi orzec z jakiego pendraka powstał robo-dinozaur, anioł czy też gówno z rękoma. Aż chciało się zacytować słynne „To kto jest kurwa ojcem kogo?”.

Brakowało mi chyba witaminy J, bo kitajskie RPG nie znikały z ekraniku. Po małym epizodzie z remakiem Resident Evil 2 rozpocząłem kolejną wielogodzinną przygodę, podążając tym razem śladem zimnej stali. Internet podpowiedział mi, że The Legend of Heroes: Trails of The Cold Steel znajduje się w topie gatunku, jeżeli chodzi o przedwcześnie zmarłą konsolę Sony, więc postanowiłem to sprawdzić. O mały figiel szybko odbiłbym się od tej gry z powodu jej specyficznego tempa. Na szczęście spotkałem się z tym wzorcem już innej grze Falcomu (Tokyo Xanadu) i postanowiłem przebrnąć przez WIELE linijek tekstu, by w końcu dobrać się do mięsa. Dobrze zrobiłem, bo już po kilku godzinach nudy zostałem sprytnie zaangażowany we wszystkie kolejne wydarzenia. Nie przeszkadzało mi nawet to, że po etapie intensywnego bicia po głowach nadchodził ten, w którym trzeba trochę porozmawiać z innymi postaciami, umocnić więzi z przyjaciółmi poprzez rozmowę z nimi i wykonać kilka prostych zadań, polegających na rozmowie. Jest to niewątpliwie zasługa fabuły, która często dotyka problemu nierówności między klasami społecznymi i ich następstwami. W pierwszej części ToTCS większość wydarzeń ma miejsce w szkole wojskowej, która uczy zarówno snobów jak i proletariuszy, chociaż uczęszczają oni do osobnych klas ze względu na pochodzenie. Gracz akurat jest w klasie (he he) specjalnej, bo złożonej z przedstawicieli wszystkich stanów. Z racji eksperymentalnego charakteru tej grupy, będzie nam dane opuszczać co jakiś czas mury akademii, by odbyć zajęcia w terenie, dzięki czemu zwiedzimy spory kawałek kraju. Myślę, że świat z jakim mamy w tej grze do czynienia ze wszystkimi swoimi politycznymi powiązaniami, jest jednym z ciekawszych na jakie do tej pory natknąłem się w tym medium. Niestety podczas ogrywania sequela coś mnie odciągnęło od katowania konsoli i jeszcze go nie ukończyłem, co zamierzam niebawem nadrobić.

Namawiany przez jakbu zacząłem także umierać w Dark Souls. Przez to, że siadam do tego tytułu rzadko i w dość dużych odstępach czasu, zapominam, gdzie miałem iść albo, że można trzymać broń na różne sposoby, co skutkuje potem zabawnymi historyjkami. Bez cienia wątpliwości należy przyznać, że dzieło studia „Z Oprogramowania” jest lepszym sposobem na duchowy rozwój niż drogie kursy yogi, uważności czy innych wymyślonych słów. Nigdy nie byłem tak bliski osiągnięcia nirvany, jak w momencie, gdy po zdjęciu około połowy punktów zdrowia Gargulca, niespodziewanie, prosto z dupy pojawił się jego bliźniak i zrzucił mnie z dachu. Niedługo to pewnie dokończę.

Mam nadzieję, że 2025 przyniesie więcej frajdy z grania jako takiego. Bardzo liczę na mocny start następcy Switcha, który, jeżeli wierzyć plotkom, pojawi się w czasie zbliżonym do moich urodzin, co pewnie ułatwi mi racjonalizację jego kupna. Tego sobie i Wam życzę.

PS: Nowe Black Ops było fajne.

- Oskier