Co nowego?

18 Kwi

Dzień Kultury Japońskiej w Łodzi! Wpadnij spotkać się z nami oraz pograć w gry wideo.


30 Sie 2018

Kunio chuj na lodzie

Kiedy byłem małym chłopcem (hej!), coś takiego jak bariera językowa nie istniało. Oglądanie niemieckiej VIVY czy angielskiego Cartoon Network, nie stanowiło najmniejszego wyzwania. Trochę się wyczytało z kontekstu, trochę się zmyśliło, a niektóre słowa nawet się znało i już było wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Podobnie było z grami na słynnego Pegasusa. Lwia część kartridży zakupionych na bazarze od przedstawicieli mniejszości etnicznych nie oferowała nawet zrozumienia na poziomie wspólnego alfabetu, gdyż zawierała japońskie wersje gier. To dopiero było wyzwanie! Dzięki anielskiej cierpliwości jaką są w stanie wykazać się tylko dzieci kiedy bardzo im na czymś zależy, rozszyfrowaliśmy z bratem większość gier na takim poziomie, jaki umożliwiał ich ukończenie. Były rzecz jasna też takie tytuły, w których język nie stanowił najmniejszego problemu, chociaż jego znajomość mogłaby trochę pomóc. Do tej kategorii zalicza się większość gier, których bohaterem jest Kunio. Przyjrzymy się dziś jego zmaganiom na lodowisku.

Tak jak wspomniałem wcześniej, można ten szpil ukończyć bez zacinki, ale motywacja bohaterów pozostaje zagadką. Gdy dzięki mocy Internetu zapoznałem się z fabułą tej całkiem solidnej gry, w moim podejściu do niej nie zmieniło się jednak nic, tak bardzo była ona nieistotna. W przeciwieństwie do np. piłkarskiej odsłony serii, zrozumienie tekstu pojawiającego się na ekranie nie było w sumie przydatne na żadnej płaszczyźnie. Otóż całość przedstawionej historii sprowadza się do tego, że jakiś pajac namawia Kunia do gry w hokeja. Ten sportowy świr angażuje z miejsca swoich ziomów i tworzą drużynę marzeń. Pną się razem po kolejnych szczeblach licealnych rozgrywek, gromiąc przeciwników, przy czym nie stronią od przemocy. Inne drużyny biorące udział w tej zabawie też są dość niestandardowe. Pośród nich znajduje się między innymi sekcja kendo czy szkolna drużyna baseballa.

Czytaj dalej...


10 Lip 2018

Jeden tytuł na ripicie

Gry od zawsze się kiedyś kończą. Koniec końcowi jest jednak nierówny. W wielu tytułach koniec często jest umowny i zależny w dużej mierze od gracza. Jedni odkładają tytuł na półkę po przejściu głównego wątku fabularnego, inni starają się ukończyć wszystkie zadania poboczne, a niektórym ciężko jest odpuścić grę, dopóki nie zobaczą 100% ukończenia w statystykach, bądź ekranie zapisu gry. Ze zręcznościówkami jest zresztą podobnie – to gracz ustala kiedy przestaje – jedni starają się po prostu dotrwać do końca lub, gdy on nie istnieje, pobić najwyższy wynik na lokalnej tabeli wyników, inni wolą rywalizować cały czas z graczami dookoła globu, by sięgnąć często odległego o miliony punktów szczyt. Oczywiście, pomijam tutaj kwestię gier-piaskownic, lecz z nich też zazwyczaj rezygnujemy po osiągnięciu ustalonego sobie celu. No okej, ale co z grami stricte internetowymi?

Podzielę je wpierw na trzy kategorie, by lepiej zobrazować różnice pomiędzy nimi. Mamy gry MMO, które pomimo ograniczonej liczby zadań, poziomów, osiągnięć , itp. kończą się dopiero w momencie wyłączenia serwerów, bądź innego „końca świata” proponowanego przez twórców gry. Następnie mamy różnorakie gry oparte na „poważnej” rywalizacji – w przypadku takowych można przyjąć, że kończą się po rozegraniu meczu. Owszem, występują często w nich systemy zdobywania punktów doświadczenia, lecz w dużej mierze ich rola sprowadzona jest jedynie do sygnalizacji czasu spędzonego przez gracza z grą. Na koniec mamy jeszcze gry, które pozwolę sobie nazwać… luźnymi. Luźne gierki charakteryzują się tym, że można do nich dołączyć w trakcie rozgrywki, a sam fakt wygranej, bądź przegranej schodzi na dalszy plan, gdyż liczy się głównie zabawa. Teraz więc mogę przejść do następnego pytania – po co grać, skoro rozgrywka kończy się po kilkunastu do kilkudziesięciu minut, bądź ciągnie w nieskończoność?

Czytaj dalej...


28 Cze 2018

Zły glina

Jestem wielkim fanem Sleeping Dogs. Prawdę mówiąc, jest to jedyna gra na PlayStation 3, którą splatynowałem i to z wielką przyjemnością. Pierwotnie, nazywała się True Crime: Hong Kong, lecz przeszła gra ta przez piekło deweloperskie: została najpierw anulowana przez Activision, a następnie odsprzedana do Square Enix. Ostatecznie, trzeba było czekać aż sześć lat aż tytuł ujrzy światło dzienne. Świadomy tych informacji natychmiast zakupiłem więc True Crime: Streets of LA podczas wizyty w łódzkich sklepach z grami. Poza chęcią sprawdzenia duchowego prekursora śpiących piesków skusiła mnie niska cena – piętnaście ziko za gierkę nie boli w kieszeń. W sumie, to na naszym profilu FB możecie nawet sprawdzić kiedy to było – zazwyczaj wrzucamy fotki z ostatnich łupów.

Pierwsze co uderza w tej grze to kliszowość. I nie, nie uważam tego za minus tej gry, a za największy plus. Przez całą fabułę jesteśmy karmieni największymi sztampami Hollywoodu doprawianymi sucharami zarzucanymi przez głównego bohatera, Nicka Kanga. Korupcja w policji, ruska mafia, chińskie triady, wybuchowe zombie, ogniste smoki, Korea Północna… wróóóóóć. Chyba trochę się zagalopowałem. Ale zacznijmy od przedstawienia głównego bohatera. Kang jest dość niegrzecznym policjantem żyjącym w Los Angeles, który zostaje wcielony ponownie do służby – miła murzynka rekrutuje go do Elite Operations Division, autonomicznego oddziału LAPD (czyt. elejpidi, tak brzmi fajniej). Ale tak naprawdę to drugorzędna sprawa, gdyż Kang ma wszystko gdzieś i działa cały czas na własną rękę. Niestety, dużego wachlarza zadań nasz protagonista nie ma. Pojedź do celu (w tym również wariant z próbą czasową), śledź inny pojazd, sklep wszystkich bandziorów używając kung-fu (nie wiem czy to akurat ta sztuka walki, tak mówi Oskier) lub broni palnej, albo zaczaj się do jakiejś miejscówki, po drodze ogłuszając lub zabijając wszystkie napotkane osoby. Fakt, zalatuje to monotonią, ale czas gry nie jest wygórowany, a plot twisty fabularne wynagradzają nasze poświęcenie. Śledzenie pojazdów to najgorszy patent występujący w grach od zawsze, strzelanie z broni palnej ogranicza się do biegania i maszowania R1 (możesz celować, ale po co?), walki wręcz możesz przejść klikając na pałę guziory, a skradanie to bieganie od osoby do osoby, by powalić ich ciosem z karata, uważając by nie wdepnąć w gówno czy odłamki szkła. Więcej nic nie zrobicie, poza drobnymi odstępstwami od normy, lecz te zazwyczaj schowane są jako alternatywne misje. Przykre.

Czytaj dalej...


28 Cze 2018

Dobry glina

Po ogromnym sukcesie jaki odniosło Rockstar Games, wprowadzając serię Grand Theft Auto w trzeci wymiar, rozpoczęła się moda na strzelanki z widoku trzeciej osoby, osadzone w (częściowo) otwartym świecie. W przeciągu kilku lat doczekaliśmy się więc zalewu podobnych produkcji, pozwalających zakosztować wesołego życia gangstera. Niektórym developerom wyszło to całkiem zgrabnie, a innym ciutkę gorzej. Pozycji, jaką obejmowały kolejne części GTA, żadnemu innemu tytułowi nie udało się już zająć, a trzeba przyznać, że pretendentów było wielu. Takie aspiracje wydawało się mieć także True Crime: Streets of LA, pozwalające dla odmiany wcielić się w stróża prawa, który nie zawsze postępuje zgodnie z regulaminem.

Jako Nick Kang poprowadzisz szalone śledztwo, wyjęte żywcem z amerykańskich filmów sensacyjnych. Jeżeli lubisz oglądać Polsat to fabułę już mniej więcej znasz. Przy okazji rozpracowywania poważnej sprawy kryminalnej, główny bohater musi uporać się z przeszłością swojego ojca i wywrzeć zemstę na tych, którzy sobie nagrabili. Albo odwrotnie: sprawa jest tylko pretekstem do zemsty. Szczerze mówiąc, historia mnie nie kupiła, ponieważ nie potrafię znaleźć klucza do jej odczytania. Nawet, gdy na ekranie dzieją się najbardziej chore i niedorzeczne rzeczy, nie mam pewności, czy to jest świadome śmieszkowanie, czy oni z tym tak na poważnie. W kontekście fabuły warto jeszcze zaznaczyć, że przygotowano trzy różne zakończenia w zależności od tego czy jesteśmy dobrym czy złym gliną. Ludzie lubią przecież wybory moralne w grach, dlatego każda akcja jaką podejmujesz, wpływa na twoją karmę. Rozchodzi się nie tylko o eksterminację niczego nie świadomych przechodniów, ale także sposób rozwiązywania problemów zawodowych. Zabijając bandytów strzałem w głowę raczej nie zasłużysz sobie na order, więc możesz załatwić sprawę grzecznie i zneutralizować przeciwnika np. poprzez okulawienie.

Czytaj dalej...


17 Cze 2018

Nintendont - jak uruchamiać gry z GameCube'a na Wii przez USB?

Prawie wszyscy dobrze wiemy, że jedną z zalet Wii jest kompatybilność wsteczna. Pod klapkami na górze konsoli sprytnie ukryte są cztery porty na pady oraz dwa wejścia na memorki od GameCube’a. Ale co zrobić w czasach, gdy przykładowo Metal Gear Solid: The Twin Snakes kosztuje na znanym portalu aukcyjnym aż 330 złotych, a my mamy na utrzymaniu dom, dzieci, samochód i tonę innych mało istotnych rzeczy? Otóż z pomocą przychodzi Nintendont autorstwa FIX94. Aplikacja ta pozwala na uruchamianie gier z GameCube’a poprzez kartę SD, wejście USB lub z płyty, bez zabawy w różnorakie modyfikacje. Ten poradnik skupi się jedynie na opcji poprzez port USB, gdyż jest to najefektywniejszy wariant. Zakłada również, że Twoja konsola jest już przerobiona.

Czego potrzebujemy? Oczywiście przerobionej konsoli Wii z zainstalowanym The Homebrew Channel oraz oficjalnym, niemodyfikowanym IOS58. Jeśli Twoja konsolka już uruchamia gry z dysków USB, masz już to za sobą. Jeśli nie, przerób najpierw swoją konsolę.

Czytaj dalej...