Co nowego?

18 Kwi

Dzień Kultury Japońskiej w Łodzi! Wpadnij spotkać się z nami oraz pograć w gry wideo.


13 Cze 2018

Gungrave

Lubicie anime? No wiecie, te chińskie bajki, w których osiłki biją się po głowach, małe dziewczynki mają magiczne moce, chomiki jedzą słonecznik i tym podobne. Otóż ja przeżywałem fascynację takimi serialami animowanymi gdy byłem nieco młodszy, a i dziś zdarzy mi się coś obejrzeć bez poczucia wstydu i utraty szacunku do własnej osoby. Myślę, że to odcisnęło piętno na moim poczuciu estetyki. Okładki gier, na których widzę postaci niemal żywcem wyjęte z tak lubianych niegdyś bajeczek przykuwają mój wzrok. Druga sprawa, że po prostu lubię japońskie gry. Gdy pewnego razu szperałem w pobliskim sklepie pośród tytułów na PlayStation 2, w moje ręce dostało się pudełko, z napisem Gungrave i obrazkiem utrzymanym w stylistyce japońskich filmów animowanych, przedstawiającym jakiegoś dziwaka z dwoma spluwami. To wystarczyło bym zdecydował się na zakup.

Osoba mająca największy wpływ na tę produkcję od strony artystycznej to Yasuhiro Nightow, czyli człowiek odpowiedzialny za szalenie popularną niegdyś mangę pod tytułem Trigun, mającą swoich fanów także w naszym kraju. Gość zaprojektował postacie i napisał fabułę, za co ma u mnie plusa. Trzeba mieć naprawdę głowę na karku, żeby w jakiś sensowny sposób stworzyć historię do gry, w której przez około dwadzieścia minut każdego poziomu nie ściągasz palca ze spustu. Z szacunku do czytelników nie będę jej streszczał, powiem tylko, że jest to historia o zemście, osadzona w świecie niewesołej przyszłości, gdzie technologia jest w stanie oszukać śmierć. Zaznaczę też, że dostrzegam w postaci Grave’a kilka „inspiracji” takimi seriami jak Hellsing (typ mógłby być bratem Alucarda) czy Devil May Cry (dwa gnaty jako podstawowa broń). Myśle, że ogólna stylistyka tej produkcji jest jej najmocniejszą stroną. Kolejne elementy intrygi odsłaniają się przed graczem w trakcie pięknych scenek, które można łatwo pomylić z tradycyjną animacją. Naprawdę wygląda to kozacko na małym telewizorku CRT. Niestety, gdy przejmujemy kontrolę nad protagonistą, następuje znaczny spadek jakości wyświetlanej grafiki, co może dziś wielu z nas przeszkadzać. Tę wadę, podobnie jak nudne i puste lokacje, oraz spadki w płynności zrzucam jednak na czas w jakim Gungrave debiutował, a był to rok 2002. Zdaję sobie sprawę, że lepiej było załadować więcej przeciwników na metr kwadratowy, niż tracić zasoby konsoli na bzdurne elementy otoczenia jak np. wazonik. Powiem więcej, ja takie podejście szanuję.

Czytaj dalej...


29 Kwi 2018

Sushi po amerykańsku

Nie minę się chyba z prawdą, jeżeli powiem, że gry video w obecnej postaci, swoje istnienie zawdzięczają głównie Japonii. Jest to bowiem kraj, który dał nam Nintendo, Sony oraz Segę (choć ta korzeniami sięga w pewnym stopniu USA). Te miłe sercu słowa, będące nazwami firm, które stworzyły dla nas kultowe konsole oraz przeznaczone na nie gry, rządziły umysłami fanatyków elektronicznej rozrywki przez wiele lat. Mimo tego, że w tle przewijało się zasłużone niegdyś Atari, większość tytułów, w które szarpaliśmy w wieku pacholęcym, a które wywarły na nas pewnie niemały wpływ, powstało w słynnym Kraju Kwitnącej Wiśni. I chociaż zachodni developerzy nie siedzieli z założonymi rękoma, to do połowy trwania szóstej generacji konsol(nie zajmujemy się tu rynkiem PC) karty rozdawali Japończycy.

Wielka trójka producentów maszynek do grania walczyła między sobą o względy graczy, niczym w szesnastym wieku Oda Nobunaga i przeciwne mu klany o kolejne prowincje Japonii. Równowagę w przyrodzie zakłóciło dopiero odejście Segi, która na skutek ciągnącej się przez jakieś trzy generacje sprzętu serii dość niefortunnych decyzji, nastawiła się na tworzenie jedynie softu dla dotychczasowych wrogów. Może i należało uronić łzę nad Dreamcastem ale nie było na to czasu, ponieważ każdy z zaciekawieniem i w napięciu obserwował graczy pozostałych na polu walki. Wydarzenia te miały miejsce w pierwszej połowie Roku Pańskiego 2001. Parę miesięcy później świat ujrzał już nową konsolę Nintendo, która miała stanowić konkurencję dla rozpasanego na rynku PlayStation 2, oraz powitał na arenie nowego zawodnika. Kojarzący się do tej pory głównie z najchętniej piraconym systemem operacyjnym dla komputerów PC, Microsoft, bo o nim mowa, zajął pozostawione przez Segę miejsce przy stole. Pomiędzy Japończykami, zaczął panoszyć się sporych rozmiarów Amerykanin o zasobnym portfelu. Przycisk start bowiem został naciśnięty przez Xboxa. Nie oszukujmy się, konsole konkurencji nie zbliżyły się nawet do wyniku jaki w tej generacji wyśrubowało Sony, ale firma z Redmond zaznaczyła w udany sposób swoją obecność w tej dziedzinie, delikatnie wyprzedzając pod względem ogólnoświatowej sprzedaży Nintendo. Żeby poprawić ten wynik przy starcie kolejnego sprzętu, Microsoft postanowił zawalczyć o rynek, na którym zdecydowanie odniósł porażkę. Chodzi oczywiście o Japonię.

Czytaj dalej...


25 Kwi 2018

A Normal Lost Phone – sam znajdź historię

Znajdujesz telefon. Nie wiesz kto jest jego właścicielem. Na wyświetlaczu widzisz, że ma cztery nieodczytane wiadomości od swojego ojca. Czy przejrzysz telefon tej osoby, by dowiedzieć się kim jest, czy może szanujesz prywatność drugiego i po prostu przywrócisz ustawienia fabryczne, by wyczyścić wszelkie prywatne dane?

Nic poza telefonem nie istnieje. Serio, przez całą grę na swoim wyświetlaczu widzisz jedynie wyświetlacz (hehe) telefonu. Jedyne, co możesz zrobić to poruszać się po aplikacjach czy ustawieniach urządzenia. Włączyć sobie muzykę w odtwarzaczu, poprzeglądać wydarzenia zapisane w kalendarzu, obliczyć pole trójkąta na kalkulatorze czy czytać wiadomości SMS. Tą ostatnią czynnością początkowo poruszamy historią do przodu. Z czasem uzyskujemy dostęp do kolejnych opcji, takich jak chociażby przeglądarka internetowa, prognoza pogody czy aplikacja randkowa, jednakże bez haseł czy połączenia z Internetem, ciężko się do nich dobrać. Jednakże, wszystkie niewiadome można znaleźć i wywnioskować z treści, które przeczytamy w telefonie. Czasem wymaga to łączenia przeczytanych informacji, niekiedy musimy coś obliczyć, innym razem przetrzepać telefon od deski do deski, a właściwie od appki do appki. Najprościej będzie porównać rozgrywkę do tego, co prezentowało nam kilka lat temu Her Story.

Czytaj dalej...


18 Mar 2018

Virginia - filmowa gra

Virginia to pierwszoosobowa gra. Virginia to film, a właściwie thriller. Virginia to produkcja, którą ciężko jednoznacznie określić. Najbliżej jej do „symulatora chodzenia”, ot poruszasz się po świecie, a historia sama się pcha do przodu. No prawie. Wcielasz się w rolę Anne Tarver, agentki FBI, która równocześnie prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia młodego chłopaka, Lucasa Fairfaxa, oraz sprawdza swoją partnerkę, Marię Halperin, na prośbę dyrektora biura. Wydaje się sztampą, lecz w dalszych fragmentach rozgrywki scenarzyści zaszaleli. Więcej fabuły wam niestety nie mogę zdradzić, gdyż mija się to z założeniami gry.

W Virginii Twój wpływ na to co dzieje się na ekranie ogranicza się do chodzenia oraz klikania na niektóre obiekty występujące w lokacjach w grze. Tytuł więc jest liniowy, lecz niektóre drobne sceny mogą zostać pominięte na skutek przeoczenia gracza. Czy jest to dobre rozwiązanie? Moim zdaniem wpływa na istotny dla gry realizm i przyziemność, więc jeśli nie jesteś fanem lizania ścian lub nie należysz do ciekawskich ludzi, raczej ten tytuł do Ciebie nie trafi. O, nie można zapomnieć o drobnych znajdźkach porozrzucanych po poziomach – czy to ptasich piórach czy rosnących kwiatach. Symbolika w tej grze jest bardzo ważna, lecz często kompletnie niezrozumiała. Może za mało się w to wkręciłem? Na pewno ta gra jest bardzo wymagająca pod względem intelektualnym, bez zagłębiania się w to co się dzieje na ekranie i analizie ciężko w ogóle dość do jakiegokolwiek wniosku. Chyba, że zadowala Ciebie sam pokaz scen przedstawiony na ekranie. Ale fabuła tutaj nie jest łatwo przyswajalna, polecałbym zagrać ją z drugą osobą obok, by móc potem przedyskutować co tutaj naprawdę się odpierdoliło. Bo do analizy jest wiele, poza takimi kwestiami jak etyka w miejscu pracy, istota sumienia i moralności, nienawiść do pracowników społecznych czy małomiasteczkowość spotkamy się z zjawiskami nadprzyrodzonymi, okultyzmem, zażywaniem narkotyków czy po prostu przyjaźnią. Mieszanka dosyć wybuchowa i niespodziewana w większości gier w jakie grałem. W pewnym momencie fabuła zaczyna być tak pokręcona, że nie możemy stwierdzić które rzeczy z tych na ekranie dzieją się naprawdę, a które są jedynie wyobrażeniami głównej bohaterki. Dla jednych może być to odrzucające, dla drugich coś czego dawno poszukiwali w grach. Twór ten, zgodnie z założeniami autorów ma zmusić gracza (widza?) do przemyśleń – porównałbym to do filmów Davida Lyncha (to ten od Mulholland Drive, ten od Siedem to David Fincher, kolego). Osobiście, musiałem przespać się z tematem oraz poczytać opinie innych osób by jakkolwiek odnieść się do tego dzieła. I szczerze mówiąc, dalej nie mam jednoznacznej opinii o tym szpilu. Mam wrażenie, że cały ładunek „problematyki” został zepchnięty na drugi plan, podczas gdy pierwszy objęła kwestia artystyczna. I cóż, skoro taki był zamysł twórców – ich sprawa, lecz uważam że pasuje to tutaj jak pięść do nosa. Tak, można łamać konwenanse gatunkowe i nie jest to nic złego, ba, nawet w ostatnich latach jestem wielkim fanem takiego zachowania. Natomiast, w Virginii coś nie do końca zagrało.

Czytaj dalej...


15 Mar 2018

Szama gracza

Ostre granie podobnie jak nałogowe oglądanie seriali czy też maratony filmowe, jest czynnością wymagającą wbrew pozorom całkiem sporo energii. W trakcie porządnej sesji z konsolą warto więc zaopatrzyć się w odpowiednie smakołyki, które pomogą zregenerować siły. Działając w ten sposób, możemy zanosić się śmiechem, gdy naszym oczom ukaże się jakieś zalecenie zrobienia sobie krótkiej przerwy od grania. Co więc popijać i przekąszać w trakcie gry?

Osobiście wbrew panującym trendom nie polecam wam popijania tych słynnych napojów energetycznych. Nie są one litościwe dla bebechów, łatwo się do nich przyzwyczaić i nie powinno się ich łączyć z alkoholem. Tak więc, jeśli chodzi o napitek, to wiadomo, piwo. Browarek powinien mieć wysokie IBU (międzynarodowa jednostka goryczy), żeby nie wychlać go za szybko i nie ululać się jak jakaś fajtłapa. Poza tym chcemy się napić czegoś porządnego, co lekko umili nam czas spędzony z padem w łapie, a nie najebać Karpackim. Jak wolisz łyknąć coś łagodniejszego, doskonale nada się witbier, otwierający przed konsumentem szerokie spektrum doznań smakowych. Całkiem niezłe piwka tego typu robią browary Kormoran oraz Jan Olbracht.

Czytaj dalej...