Co nowego?

13 Maj

Nieregularność w nazwie zobowiązuje!


4 Kwi 2020

Tożsamość Gabriela
  • Recenzje

Dzięki uprzejmości firmy zajmującej się tworzeniem systemów operacyjnych dla komputerów PC oraz konsol do gier miałem w końcu okazję nadrobić tytuł, który zawsze odkładałem na potem. Na myśli mam Castlevanię Lord of Shadows, która debiutowała na poprzedniej generacji konsol i zyskała pośród graczy pewien posłuch. Nie jestem żadnym wybitnym znawcą tematu jeśli chodzi o tę znaną serię spod znaku Konami. Przeszedłem kilka części, niektóre więcej niż raz, ale nie byłbym w stanie wymienić imion protagonistów czy ogólnej chronologii wydarzeń. Myślę, że to wystarczy, aby mieć jakieś zdanie i oczekiwania względem kolejnych tytułów należących do tej franczyzy. Zastanawiałem się więc w jakim kierunku pójdzie rozgrywka w LoS. Czy bliżej jej będzie do klasycznych odsłon, czyli tak zwanych metroidvanii, a może będzie to rozwinięcie formuły zaprezentowanej w częściach wydanych niegdyś na PlayStation 2? Odpowiedź stopniowo zaczęła się wyłaniać w trakcie gry.

Z doniesień w prasie growej oraz Internecie wiedziałem co nieco na temat LoS. Gdzieś tam obiło mi się o uszy, że to restart/reinterpretacja znanego fanom uniwersum, które przez lata napuchło niczym twarz sąsiada z dołu po dwutygodniowym ciągu alkoholowym. Informację tę przyjąłem z aprobatą, ponieważ jak wcześniej wspomniałem, sam gubię się w meandrach historii rodziny Belmontów. Wcieliłem się więc w postać Gabriela, gościa odpowiedzialnego za przyszłe zaangażowanie wszystkich członków jego rodu w niekończącą się walkę ze złem. Razem ze zmianami w fabule idą te poczynione w formule rozgrywki. Tym razem napieprzamy wrogów batem po głowach, obserwując akcję z widoku trzeciej osoby, co doskonale sprawdza się w dynamicznych grach akcji. Ze względu na zasięg broni, którą włada nasz bohater, styl walki przywodzi na myśl przygody Kratosa zanim ten zaczął realizować fantazję o byciu ojcem roku. Podobieństwa przejawiają się także w sterowaniu herosem gdyż obłożenie pada jest niemal identyczne jak w starusieńkim God of War. Castlevania zdaje się jednak być bardziej nastawiona na defensywę, co wymusza ostrożniejsze podejście do starć. Jak jednak ktoś jest lamusem i nie potrafi nacisnąć guzika w idealnym momencie, może wspomóc się trochę przedmiotami, które wylatują z niszczonych przez nas elementów otoczenia. Z pewnością pamiętacie jak w klasycznych odsłonach serii z odrazą wykonywaliście skok w momencie, gdy z lampki wypadał sztylet, w taki sposób by przypadkiem tego gówna nie zebrać. W LoS ten gadżet okazuje się jednak całkiem przydatny i z jego pomocą można eksterminować co bardziej wkurzających adwersarzy. Oprócz tego z czasem uzyskamy dostęp do kryształu, z którego nigdy nie skorzystałem, wody święconej i gówno wartych wróżek.

Czytaj dalej...


16 Gru 2019

Kac detektyw
  • Recenzje

Jakiś czas temu miałem przyjemność grać w tego nieprzyzwoicie dobrze napisanego erpega. Został wydany i wyprodukowany przez niezależne studio ZA/UM w 2019 roku i jako świeży powiew na rynku gier wniósł sporo nadziei na kolejne możliwie dobre produkty z tego gatunku. Disco Elysium jest czymś innym niż to, do czego przyzwyczaili nas w ostatnich latach producenci gier. Przeważnie jeśli zabieraliśmy się za gatunek RPG, to prezentowano nam głównie akcję i możliwość rozwoju postaci w miarę standardowym kierunku – czy to w zręczność, siłę czy wytrzymałość. Tu tego nie spotkamy, a przynajmniej jest to skrzętnie ukryte pod innymi nazwami, a akcji samej w sobie jest jak na lekarstwo. Jednak zacznijmy od początku mojej przygody z tym tytułem.

Przy porannej kawie i codziennym rytuale przeglądania nowości w internecie, odpaliłem Steama, by zobaczyć co się tam ciekawego ostatnio dzieje. Nie będę udawał świętego, miałem też ochotę na zaopatrzenie się w jakiś nowy nabytek do ogrania. (Mówiłem, że to głupio brzmi - przyp. kor.) Już na pierwszy rzut oka zaciekawiła mnie sama nazwa gry – „Disco Elysium”, brzmiało dość enigmatycznie i szalenie. „Dyskoteka? Elizjum? Ktoś musiał się nieźle bawić noc wcześniej, skoro wymyślił takie połączenie.” Materiał artystyczny jaki widniał w tle był równie zachęcający – pastelowe kolory nadawały wrażenia mocno stonowanego, zmęczonego świata. Sama główna postać widniejąca na tym obrazku była wczorajsza. Nie zapominajmy również o opisie:

Czytaj dalej...


15 Paź 2019

Na wpół futurystyczna powieść motocyklowa
  • Recenzje

Trzydzieści minut opóźnienia pociągu. Tyle na początku wynosił przewidywany czas zanim ruszę się z na wpół pustego dworca Łódź Kaliska. O wiele krócej zajęła decyzja by wyciągnąć laptopa i uruchomić jedną z przygotowanych na podróż gier. Wybór padł na Full Throttle z powodu problemów technicznych z innym tytułem. No ale nie ma co narzekać, odświeżony klasyk autorstwa Tima Schafera powinien dać radę. I mówiąc szczerze, pomimo swoich wad przyjemnie umilał trzygodzinne oczekiwanie na ruch pojazdu, bo obsuwa „lekko” się przedłużyła. Ale po (hehe) kolei.

W Full Throttle wcielamy się w Bena, przywódcę gangu motocyklowego Polecats. Chłopaki któregoś razu na trasie wyprzedzają lewitującą limuzynę Malcolma Corleya, właściciela Corley Motors, która jest ostatnią firmą produkującą motocykle w USA. Zachwycony Corley robi postój w tawernie do której zawitali Polecats i od razu zaprzyjaźnia się z Benem. Partner biznesowy Malcolma, Ripburger, proponuje gangowi eskortę Corleya na spotkanie z akcjonariuszami, na co lider watahy się nie zgadza. Na osobności Ben dostaje w ramach nagrody pałą po łbie i nieprzytomny trafia do kontenera na śmieci. Gang słyszy jednak inną wersję: wy ruszajcie w eskortę, a Ben was dogoni. Eskortę, która jest próbą wrobienia Polecats w nadchodzące morderstwo Malcolma. Oczywiście Ben nie ma zamiaru zostać kozłem ofiarnym, więc rozpoczyna się zarówno jego zemsta na Ripburgerze jak i próba oczyszczenia swojego imienia. Niestety, gdy rusza w pościg za resztą zgrai okazuje się, że ktoś grzebał przy jego motocykle. Ben rozwala się. Jego dupę ratuje fotograf, która jakimś cudem uwieczniła na kliszy również morderstwo Corleya. Zawozi ona Bena do Maureen, okolicznej mechanik-złotej rączki. Żeby było jeszcze bardziej zagmatwanie, dziewczyna okazuje się nieślubną córką Corleya i dziedziczką jego fortuny. Tyle spojlerów chyba wystarczy na początek.

Czytaj dalej...


2 Paź 2019

Pitcachłop i (nie)jego zgraja
  • Recenzje

Raz na jakiś czas w przerwie od Counter-Strike’a czy innego Overwatcha lubię odpalić sobie przygodówkę. Starego dobrego point-and-clicka. Jakby się dłużej zastanowić ten rodzaj rozgrywki jest ze mną od dzieciństwa, kiedy to z kumplem próbowaliśmy przechodzić (bo inaczej tego nie da się nazwać) takie tytuły jak Hocus Pocus Różowa Pantera czy Ace Ventura. Obie gry można nazwać klasycznymi przedstawicielami gier o wykręconym poziomie trudności. Przynajmniej kiedyś były dla nas cholernie trudne, wymagały godzin kombinowania nad przedmiotami czy sprytu, gdy wymagano od nas zrobienia czegoś w krótkim czasie.

Zazwyczaj omijałem ten gatunek – mogłem przecież rozegrać kolejną partyjkę w Vietconga czy Enemy Territory, zamiast główkować nad zagadkami. Był jednak jednorazowy przystanek pod postacią Jacka Orlando, lecz nie na długo gdyż udało mi się zaciąć na amen już w pierwszej lokacji. Zafascynowanie jednak wróciło wraz z Nintendo DS, gdzie natrafiłem na Another Code. Od tamtej pory regularnie staram się zagrywać w nowsze przygodówki jak i nadrabiać zaległości z przeszłości.

Czytaj dalej...


21 Lip 2019

Psy Pawłowa
  • Publicystyka

Nie ma sensu pisać o mechanice, którą wykorzystuje SUPERHOT, bo na ten temat powiedziano już chyba wszystko. Uważam nawet, że spłycenie tej produkcji do miana ”tej takiej gry, co tam czas płynie tylko jak się ruszasz” jest dla niej krzywdzące. Twórcy zadbali wszakże o całą otoczkę, która towarzyszy rdzeniowi rozgrywki i przy okazji poruszyli dość niewygodne tematy.

Włączając SUPERHOT przenosimy się do sztucznego środowiska wzorowanego na systemie MS-DOS, który dla wielu dzisiejszych graczy może być czymś całkowicie obcym, od wielu lat bowiem korzystamy z systemów operacyjnych opartych na graficznym interfejsie. Menu główne gry przenosi nas więc o jakieś trzydzieści lat wstecz, do czasów gdy obsługa komputera oparta była w całości na tekście. Poruszając się po poszczególnych katalogach możemy przejrzeć sobie trochę ASCII artu, tech dema a nawet zagrać w proste gierki. Gdy jednak nacieszymy się już tym nostalgicznym uniesieniem, zaczynamy się trochę nudzić, więc całkiem naturalnym odruchem jest przejście do właściwej rozgrywki inicjowanej przez plik wykonywalny superhot.exe. Między kolejnymi poziomami gry prowadzimy konwersację z gościem, który pokazał nam tę niesamowicie wciągającą gierkę i to właśnie w tych momentach budowana jest narracja całej produkcji. Po chwili jasnym staje się, że z programem jest coś nie tak, ale jesteśmy od niego już na tyle uzależnieni, że nie możemy tak po prostu sobie odpuścić, więc pomimo coraz bardziej niepokojących wydarzeń brniemy przez kolejne wersje gry.

Czytaj dalej...