1 Lut 2026

Śnieżna kula

Unables

UNABLES. Prawdę powiedziawszy, nawet nie jestem już pewien skąd się dowiedziałem o tej grze. Może przeglądając sklep na konsoli, może rozmawiając z Kedzarem. Mózg mnie troluje, sugerując, że znalazłem ją czytając wiadomości na Gematsu, choć sprawdzając dziś tę stronę nie znalazłem żadnego artykułu o tej pozycji poza krótką notką z jej opisem. Dziwne, aczkolwiek to nie będzie jedyna zagadka dzisiaj. Niemniej, jedną wyprzedaż później (to słowo nie ma sensu w przypadku dóbr niematerialnych, argh!) stałem się posiadaczem UNABLES. Czy był to zakup warty moich pieniędzy? Nie jestem do końca pewien.

Unables 1

UNABLES to symulator śnieżnej kuli, gdzie naszym zadaniem jest kręcić odpowiednio planszą, by wykonywać konkretne cele „naszą” leniwą postacią. Jak w prawdziwym życiu, gdy przekręcimy sferę w prawo, ludek oraz pozostałe nieprzytwierdzone do podłoża elementy również polecą w prawo. Ogranicza nas tylko niewidzialna kopuła, zapobiegająca wypadnięciu obiektów na stałe. Mamy 60 sekund, by zaliczyć każde z ośmiu zadań, inaczej nie zdobędziemy kompletu gwiazdek, które wymagane są do odblokowania kolejnych lokacji. Wszystkie etapy są unikatowe, powiązane z konkretnym tematem, nierzadko nawiązującym do innych dzieł popkultury. Autorzy z tym się nie kryli, wrzucając całe cytaty z filmów lub ich parafrazy do nazw osiągnięć. Nie wiem co mam o tym sądzić, z jednej strony spoko, z drugiej strony można czuć się potraktowanym jak idiota, który nie zrozumie dość oczywistego nawiązania bez podstawienia go pod nos. Zaczynamy od poziomu w mieszkaniu, gdzie naszym celem jest przygotowanie bohatera do wyjścia z domu. Kręcimy planszą tak, by model postaci zaliczył śniadanko, umycie mordki i inne podstawowe pierdoły. Nic trudnego, wręcz można przejść ten etap wykonując losowe ruchy gałkami, przynajmniej w wersji na Xboxa tak prezentuje się schemat sterowania. Niektóre z poziomów dają nam również do dyspozycji dodatkowy guzik, służący do wykonywania specjalnych czynności. Na ringu możemy wtedy wykonywać ciosy, w kosmosie aktywujemy w ten sposób plecak odrzutowy, itd. Plansza numer dwa również jest przedstawicielem samograja, a potem mamy etap trzeci. Mega klimatyczna miejscówka w stylu filmów noir, gdzie naszym zadaniem jest turlanie trupa po miejscu zbrodni i zbieranie poszlak, by na koniec umiejscowić bohatera na klasycznym obrysie kredą znajdującym się na jezdni przed budynkiem. Nagromadzenie skomplikowanych celów powoduje, że trudność wybija poza skale, kiedy my dodatkowo próbujemy okiełznać zasady poruszania kamerami. Po kilkunastu próbach Kedzar otrzymuje ode mnie SMS-a z informacją, iż UNABLES jest okropne.

Misja ta, wymaga od nas wyrzucenia trupa ze śmietnika, następnie wrzucenia go do pokoju na piętrze przez otwarte okno, wturlania go do przybudówki przez wąską dziurę w ścianie i przesunięcia samochodu, by odblokować zamknięte drzwi do kolejnego pomieszczenia. Po drodze musimy jeszcze zgarnąć pistolet od policjantów i oczywiście finalnie zaparkować zwłoki na wskazanym miejscu. To wszystko w skromną minutę. Nasze ruchy gałkami muszą być dość precyzyjne, ale przy okazji na tyle gwałtowne by obiekty wchodziły ze sobą w interakcje, jak na przykład samochód i linie elektryczne, czy ludzkie ciało oraz klapa kontenera. Jeden zły ruch i jesteśmy w stanie zablokować sobie drogę, na przykład zgniatając bohatera wspomnianym pojazdem. Nierzadko też można się zaklinować kończyną w innym przedmiocie lub ścianie, przez co tracimy cenne sekundy. Sterowanie zdecydowanie wpływa na ilość kurew rzucanych pod nosem, choć da się grzybki sensownie okiełznać. Niemniej, jest to droga stosunkowo wyboista, a i tak po przejściu całości nie potrafiłbym powtórzyć swoich wyczynów za pierwszymi kilkoma razami.

Unables 2

Nie rozumiem co motywowało autora gry, by rzucić graczom pod nogi taką kłodę na samym początku przygody. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, gdyż nie wszystkie z kolejnych etapów trzymają tak wysoki poziom trudności narzucony przez miejsce zbrodni. Sprawdzając statystyki osiągnięć można dojść do wniosku, iż większość graczy porzuciło zabawę z UNABLES na tym poziomie lub chwilę później. A szkoda, bo dalsze miejscówki potrafią być naprawdę kreatywne! Mamy etap z ucieczką z więzienia, gdzie wszczęcie alarmu kończy naszą przygodę, więc musimy naprawdę pomyśleć jak uniknąć złapania. Wcielimy się również w rycerza, który musi przetoczyć się przez labirynt, otwierając po drodze przejścia kolorowymi kluczami niczym w jakimś Dino Crisis. Innym razem składać będziemy robota, turlając go po rurach przypominających tunele dla chomiczków, starając nie wpaść w laserowe pułapki. Różnorodność jest duża, co zasługuje na pochwałę. Wspominane, bardziej pomysłowe śnieżne kule zapadły mi w pamięć także przez wyśrubowany poziom trudności - powtarzałem je dziesiątki razy.

Gorzej wypada oprawa dźwiękowa tej pozycji, gdyż narrator cały czas w tle rzuca żartami nawiązującymi do granego etapu. Morda się mu wręcz nie zamyka, jest niezwykle irytujący, po kilkunastu minutach gry przestałem zupełnie słuchać co tam produkuje pod nosem. Ciężko tolerować gadkę lektora, w szczególności gdy polskie napisy swoje, a angielska ścieżka dźwiękowa drugie. Niemniej to akurat można wybaczyć, wszakże humoru nie da się zazwyczaj przełożyć jeden do jednego. Przyznam jednak, że wybija to dość z rytmu. Graficznie jest bardzo poprawnie. Modele są bardzo ładnie wykonane, jest ich wiele i rzadko, jeżeli w ogóle się powtarzają, co jest nieco zaskakujące. Styl mnie odrzucał na początku, kojarząc się trochę z tandetnymi grami na komórki, lecz koniec końców, przekonał mnie do siebie. Z technikaliów ponarzekam na kamerę, która czasem gubi się w tym co powinna pokazywać przy agresywnych ruchach gałkami. Niekiedy widzimy podłogi na suficie, innym razem ściany renderują się ze złego kąta. Przypomina to wtedy The Sims z maksymalnym ustawieniem podglądu ścian. Na szczęście da się naprawić ten widok w ten sam sposób, co jesteśmy go w stanie zepsuć.

Unables 3

Ostatecznie udało mi się opanować sterowanie i pokonać UNABLES na 100%. Gra zmusiła mnie do nauki kręcenia śnieżnymi kulami, ponieważ bez zebrania wszystkich gwiazdek nie dało się zobaczyć kompletu poziomów. Napsułem sobie trochę krwi, aczkolwiek muszę stwierdzić, że w ostatecznym rozrachunku gra sprawiła mi dużo frajdy. Dziwne, czy to syndrom sztokholmski? Trudno mi jednoznacznie polecić mi tę pozycję komukolwiek z racji bardzo specyficznego modelu rozgrywki. Być może gra ta lepiej sprawowałaby się na jakimś kontrolerze z przyspieszeniomierzami, vide Wii czy PlayStation Vita.

Na koniec ciekawostka: pomimo tego, iż napisy końcowe wyraźnie wskazują, iż wersja na komputery była pierwowzorem, to na dzień publikacji recenzji nie ukazała się ona na rynku. Studio 9UNZ nigdy jej nie wydało na tę platformę, aczkolwiek możemy odkopać stronę na sklepie Steam, gdzie data premiery wciąż jest nieujawniona. Starałem się odnaleźć co nieco o autorze, Arturze Hilgerze, lecz wszelkie jego strony internetowe oraz profile społecznościowe wydają się być martwe lub wyczyszczone. Co najwyżej dotrzeć można do starszych wywiadów, gdy projektował materiały marketingowe dla takich marek jak Intel lub Walkman, czy… okładkę dla płyty Wdowy. Może wypalenie zawodowe? Ale czemu miałoby to wiązać się z udupieniem premiery swojej gry na blaszakach? Chyba nigdy już tego się nie dowiemy, przynajmniej na innych sprzętach gra żyć będzie wiecznie dzięki wydawcy Forever Entertainment (he he).

- jakbu