19 Sty 2026
Podsumowanie roku 2025 - PazurKlasycznie znowu z obsuwą, ale jestem tu, gotów do przelania słów na memorkowy e-papier w sprawie ogranych gierek w roku 2025. Nie będę ukrywał, że trochę zaniedbałem singleplayerowanie, raczej częściej siedziałem na serwerach gier celowniczkowych kropiąc użytkowników po drugiej stronie monitora, ale dużo też było prac konsolo-growych, przeróbki, mody, naprawy i inne pucowanie starych sprzętów dla koneserów pudełek do pykania. W tegorocznej ewaluacji przybliżę 3 tytuły, które były git produkcjami i 2 straszydła, które miałem okazję sprawdzić w ramach mojego ukochanego samobiczowania się crapami, z uśmiechem na ustach. Zapraszam!
Na pierwszy ogień wrzucamy Shadow Gambit – The Cursed Crew. Gra o piratach, jedni kochają, inni nienawidzą. Jak na Mimimi Games przystało, dostajemy tutaj taktyczniaka typu Comamndos gdzie sterujemy ekipą z nawiedzonej łajby, która ma zwadę z tamtejszą inkwizycją. W porównaniu do poprzednich tworów tego studia, tytuł jest o wiele bardziej rozbudowany: mamy swój hub, nasze postacie zdobywają doświadczenie i możemy sobie żonglować kogo bierzemy na misję. Zestaw umiejętności jest bardzo bogaty, każda z 8 postaci (9 z DLC) ma bardzo odmienne zdolności, lecz jeżeli mocno się uprzesz, to grę i tak przejdziesz trzema. Nie będę ukrywał, jestem dużym fanem tego typu produkcji, których w dzisiejszych czasach jest jak na lekarstwo, tym bardziej dobrych. Jest to niestety ostatnia gra wyprodukowana przez wcześniej wspomniane studio. Ekipa zawinęła się z powodu wypalenia i problemów z hajsem. Szkoda, bo stworzyli moim zdaniem najlepsze gry tego gatunku.
Na drugie danie wlatuje Platypus Reclayed. Może i stary banał, ale cieszy niesamowicie. Jest to odświeżona wersja oryginału z 2002 roku, która dodaje obsługę nowoczesnych rozdzielczości, współczesne sterowanie, i inne najróżniejsze wodotryski. W omawianej pozycji śmigamy statkiem w plastelinowym świecie, jest to shmup, gdzie poruszamy się poziomo. Giwery są przyjemne, grafika ładna i przejrzysta, a chiptunowa muzyka buja niesamowicie. Oprawa wizualna może i wydawać się dziecinna, ale sama rozgrywka nie jest wcale taka łatwa. Nie bez powodu za gzuba nigdy tego nie skończyłem, późniejsze etapy serio potrafią dać w kość. To był dobry powrót do czasów beztroski, gdy komputery buczały niemiłosiernie, a ekrany miały konkretną dupę.
Najlepsze na koniec, czyli zaskoczenie roku, Alone In The Dark (2008). Niektórzy mogą tutaj dostać pewnego rodzaju szoku, powszechnie ta gra jest uznawana jako crapiszcze, co poniekąd rozumiem, ale cholera, jaka to jest studnia niewykorzystanego potencjału. Poruszamy się w trybie zarówno pierwszej osoby, jak i trzeciej. Do zestawu eksterminacyjnego możemy zaliczyć klasyczne kopyto, koktajle mołotowa, najróżniejsze bronie ręczne, połączenie sprej + zapalar i wiele innych. A kim są oponenci? W tej odsłonie są to niczemu winni przechodnie w nowojorskim Central Parku, którzy zostali opętani przez demona, a ich słabą stroną jest kontakt z ogniem. I teraz tak: czy gra jest drewniana? Jest. Czy dialogi są serowe? Są. Ale to trochę urok tej gry albo po prostu lubię tandetę. Tak czy inaczej, od groma tutaj ciekawych mechanik. Fury nie odpalasz po prostu do niej wsiadając. Musisz otworzyć deskę pod kierownicą i zagrać w mini-gierkę w odpalanie na kabelki, ewentualnie rozglądając się wzrokiem po kabinie możesz zajrzeć do schowka lub pod osłonę przeciwsłoneczną pasażera w poszukiwaniu schowanego klucza. Walka wręcz to też nie głupie spamowanie guzika. Przy pomocy gały lub myszki ustawiamy ręce i w ten sposób kierujemy zamach. Meble płoną, drzwi można rozłupać siekierą lub wyważyć gaśnicą, a wszystko oparte jest o fizykę. Takich przekminek jest na pęczki, widać, że twórcy mieli mega ambicje, które nie do końca zostały dobrze dociągnięte.
No to fajne gierki z głowy, czas na badziestwa, a zaczynamy od Champions of Norrath. Boże, co za katorga. Przygodę z tym tytułem zacząłem chyba z 3-4 lata temu, razem z dwoma ziomalami, grając na PS2 przy piwku. Dopiero teraz udało się ukończyć tą mękę, ponieważ ciężko się złapać w trójkę, a jeszcze ciężej się zmusić do grania w to coś. Co zabawne, jestem fanem Baldur’s Gate: Dark Alliance 1 i 2, a są to gry praktycznie identyczne. Ten sam silnik i w większości te same mechaniki. Ale tutaj coś nie zagrało, gra jest długa, męcząca, nieciekawa i w porównaniu do wcześniej wymienionych tytułów, chodzi bardzo słabo. Jest to typowy hack & slash w świecie fantasy z oklepaną do bólu fabułą.
Na miejscu drugim ląduje Psychotoxic. Jest to eurojank shooter na sterydach, skala absurdu potrafi wyjechać poza skalę. Poziomy są… zróżnicowane. Możesz z hotelu przenieść się nagle do magicznego lasu, po czym znikąd pojawić się na Brooklynie, a następnie przeteleportować się do kosmicznej katedry w innej przestrzeni. Arsenał jest dosyć standardowy, pukawki jak pukawki. Fabuła nie ma sensu, totalnie nie wiadomo na dobrą sprawę o co w tej grze chodzi. Można też trafić na błędy, ja na przykład utknąłem w mapie, na szczęście przy pomocy konsoli developerskiej udało mi się wylecieć z blokady przy pomocy komendy. Jedyny plus tej gry, który zapadł mi w pamięć, to poziom w śnie… chyba? Szczerze nie pamiętam już jak się dostajemy do tego miejsca i czym właściwie ono jest, ale lokalizacja wyglądem przypomina mapę z Worms 3D. Wszystko jest cel-shadowane. Mamy chmurki, niebo, latające wysepki, tematyka kręci się wokół królików, a w tle leci jakiś rapowy kawałek brzmiący jak nawijający Alvin i wiewiórki, co było dosyć zabawne.
I to by było na tyle, w założeniu miały być 3 crapy, ale nie jestem w stanie z czystym sumieniem wybrać jeszcze jedną grę, która zasługiwałaby na to miano. Nie jestem dumny z tego, ile pozycji ukończyłem w tym roku. Udało mi się zliczyć ich około 15, z czego niestety większość nie była potworkami. Na rok 2026 obiecuję, że się poprawię: więcej DOS-ówek, więcej egzotyki. Dostałem też od memorkowych przyjaciół Wii na święta, więc nie ma wymówek, że nie ma w co grać. Muszę już spadać, bo konsole same się nie naprawią, ELO.