Co nowego?

13 Maj

Nieregularność w nazwie zobowiązuje!


30 Maj 2020

Pogrywając na nostalgii
  • Recenzje

Niedziela wieczór. Muchomor popsuty. Siedzisz sobie na Facebooku i przewijasz tablicę. Czytasz. A to post ze strony Dzieci Neo, a to coś na grupce o duchologii. Dziesięć, piętnaście minut i wzdychasz. „Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów.” myślisz sobie. Czy masz rację? Proste, że nie wiem. Masz? Może. Mózg i tak płata Tobie i mi figle. Skleja jedne wspomnienia z drugimi, tworzy pamięciowy kogel-mogel. Tak, by żyło się lepiej. Bo właśnie te wspominki lubią nam poprawić humor. Czasem jednak trafiasz na melancholijną przeszkodę pod postacią przykrej sprawy z przyszłości, przed którą udało Ci się kiedyś uciec. I o tych gorszych sprawach stara się być 198X - tytuł ze szwedzkiego studia Hi-Bit Studios, produkt z udanej zbiórki na Kickstarterze (czerwiec 2018).

198X - pierwsza część grafiki

Czytaj dalej...


21 Maj 2020

Czy androidy śnią o elektronicznych ludziach?
  • Publicystyka

Wyobraźmy sobie odległą przyszłość, w której androidy prowadzą świętą wojnę z robotami przysłanymi przez kosmitów, a ostatni ludzie zasiedlają księżyc z nadzieją, że powrócą kiedyś na swoją planetę. Brzmi to jak wypociny małoletniego fantasty, który dał upust swoim twórczym zapędom. Jakim cudem więc gra, która tę historię opowiada zajmuje moje myśli jeszcze długo po jej ukończeniu?

NieR: Automata stanowi bowiem bardzo udany kolaż dopracowanej rozgrywki oraz angażującej fabuły, która choć wydaje się pretekstowa, z biegiem czasu odsłania swoją głębię. Po drodze napotkamy mnóstwo nawiązań do filozofii kontynentalnej, poczynając od nazw i imion poszczególnych postaci, po głębiej zakotwiczone analogie. Wspomniany na początku konflikt jest jedynie tłem, na którym maluje się opowieść o znaczeniu człowieczeństwa w świecie pozbawionym całkowicie ludzi. Nie mija szczególnie dużo czasu nim gracz dowiaduje się, że oryginalne strony konfliktu, czyli ludzkość i rasa kosmicznych najeźdźców należą już dawno do historii, a jednak walka trwa w najlepsze. Obie sztuczne formy życia w pewien sposób aspirują do tego by stać się ludźmi. Fascynuje je historia gatunku zamieszkującego niegdyś Ziemię, jego bogata spuścizna kulturowa oraz przekrój emocji, do których był zdolny. Część robotów, która została odłączona od sieci a co za tym idzie, przestała partycypować w zbiorowym umyśle maszyn zaprogramowanych do ciągłej walki, zaczęła imitować ludzkie zachowania. Blaszaki posługujące się koncepcją rodziny, próbujące stworzyć spokojną społeczność, czy szukające po prostu nieskrępowanej frajdy, skutecznie wytrącają gracza z bezpiecznej iluzji dotyczącej przeciwnika. Początkowo jesteśmy bowiem przekonani, że eksterminujemy przedmioty, nie będące niczym więcej niż tylko narzędziem w rękach obcego agresora. Po jakimś czasie czarno-biały podział zaczyna jednak tracić ostrość. W trakcie jednego ze scenariuszy napotkać można jednostki kwestionujące zasadność swojej dalszej egzystencji. Uzyskana samoświadomość okazuje się ciężarem, który potrafi przerosnąć część z nich, w konsekwencji prowadząc do samobójstwa. Nie jest to raczej działanie o jakie można posądzić mózg elektronowy, a nawet w naturze niewiele znajdziemy gatunków, które się go podejmują.

Czytaj dalej...


4 Kwi 2020

Tożsamość Gabriela
  • Recenzje

Dzięki uprzejmości firmy zajmującej się tworzeniem systemów operacyjnych dla komputerów PC oraz konsol do gier miałem w końcu okazję nadrobić tytuł, który zawsze odkładałem na potem. Na myśli mam Castlevanię Lord of Shadows, która debiutowała na poprzedniej generacji konsol i zyskała pośród graczy pewien posłuch. Nie jestem żadnym wybitnym znawcą tematu jeśli chodzi o tę znaną serię spod znaku Konami. Przeszedłem kilka części, niektóre więcej niż raz, ale nie byłbym w stanie wymienić imion protagonistów czy ogólnej chronologii wydarzeń. Myślę, że to wystarczy, aby mieć jakieś zdanie i oczekiwania względem kolejnych tytułów należących do tej franczyzy. Zastanawiałem się więc w jakim kierunku pójdzie rozgrywka w LoS. Czy bliżej jej będzie do klasycznych odsłon, czyli tak zwanych metroidvanii, a może będzie to rozwinięcie formuły zaprezentowanej w częściach wydanych niegdyś na PlayStation 2? Odpowiedź stopniowo zaczęła się wyłaniać w trakcie gry.

Z doniesień w prasie growej oraz Internecie wiedziałem co nieco na temat LoS. Gdzieś tam obiło mi się o uszy, że to restart/reinterpretacja znanego fanom uniwersum, które przez lata napuchło niczym twarz sąsiada z dołu po dwutygodniowym ciągu alkoholowym. Informację tę przyjąłem z aprobatą, ponieważ jak wcześniej wspomniałem, sam gubię się w meandrach historii rodziny Belmontów. Wcieliłem się więc w postać Gabriela, gościa odpowiedzialnego za przyszłe zaangażowanie wszystkich członków jego rodu w niekończącą się walkę ze złem. Razem ze zmianami w fabule idą te poczynione w formule rozgrywki. Tym razem napieprzamy wrogów batem po głowach, obserwując akcję z widoku trzeciej osoby, co doskonale sprawdza się w dynamicznych grach akcji. Ze względu na zasięg broni, którą włada nasz bohater, styl walki przywodzi na myśl przygody Kratosa zanim ten zaczął realizować fantazję o byciu ojcem roku. Podobieństwa przejawiają się także w sterowaniu herosem gdyż obłożenie pada jest niemal identyczne jak w starusieńkim God of War. Castlevania zdaje się jednak być bardziej nastawiona na defensywę, co wymusza ostrożniejsze podejście do starć. Jak jednak ktoś jest lamusem i nie potrafi nacisnąć guzika w idealnym momencie, może wspomóc się trochę przedmiotami, które wylatują z niszczonych przez nas elementów otoczenia. Z pewnością pamiętacie jak w klasycznych odsłonach serii z odrazą wykonywaliście skok w momencie, gdy z lampki wypadał sztylet, w taki sposób by przypadkiem tego gówna nie zebrać. W LoS ten gadżet okazuje się jednak całkiem przydatny i z jego pomocą można eksterminować co bardziej wkurzających adwersarzy. Oprócz tego z czasem uzyskamy dostęp do kryształu, z którego nigdy nie skorzystałem, wody święconej i gówno wartych wróżek.

Czytaj dalej...


16 Gru 2019

Kac detektyw
  • Recenzje

Jakiś czas temu miałem przyjemność grać w tego nieprzyzwoicie dobrze napisanego erpega. Został wydany i wyprodukowany przez niezależne studio ZA/UM w 2019 roku i jako świeży powiew na rynku gier wniósł sporo nadziei na kolejne możliwie dobre produkty z tego gatunku. Disco Elysium jest czymś innym niż to, do czego przyzwyczaili nas w ostatnich latach producenci gier. Przeważnie jeśli zabieraliśmy się za gatunek RPG, to prezentowano nam głównie akcję i możliwość rozwoju postaci w miarę standardowym kierunku – czy to w zręczność, siłę czy wytrzymałość. Tu tego nie spotkamy, a przynajmniej jest to skrzętnie ukryte pod innymi nazwami, a akcji samej w sobie jest jak na lekarstwo. Jednak zacznijmy od początku mojej przygody z tym tytułem.

Przy porannej kawie i codziennym rytuale przeglądania nowości w internecie, odpaliłem Steama, by zobaczyć co się tam ciekawego ostatnio dzieje. Nie będę udawał świętego, miałem też ochotę na zaopatrzenie się w jakiś nowy nabytek do ogrania. (Mówiłem, że to głupio brzmi - przyp. kor.) Już na pierwszy rzut oka zaciekawiła mnie sama nazwa gry – „Disco Elysium”, brzmiało dość enigmatycznie i szalenie. „Dyskoteka? Elizjum? Ktoś musiał się nieźle bawić noc wcześniej, skoro wymyślił takie połączenie.” Materiał artystyczny jaki widniał w tle był równie zachęcający – pastelowe kolory nadawały wrażenia mocno stonowanego, zmęczonego świata. Sama główna postać widniejąca na tym obrazku była wczorajsza. Nie zapominajmy również o opisie:

Czytaj dalej...


15 Paź 2019

Na wpół futurystyczna powieść motocyklowa
  • Recenzje

Trzydzieści minut opóźnienia pociągu. Tyle na początku wynosił przewidywany czas zanim ruszę się z na wpół pustego dworca Łódź Kaliska. O wiele krócej zajęła decyzja by wyciągnąć laptopa i uruchomić jedną z przygotowanych na podróż gier. Wybór padł na Full Throttle z powodu problemów technicznych z innym tytułem. No ale nie ma co narzekać, odświeżony klasyk autorstwa Tima Schafera powinien dać radę. I mówiąc szczerze, pomimo swoich wad przyjemnie umilał trzygodzinne oczekiwanie na ruch pojazdu, bo obsuwa „lekko” się przedłużyła. Ale po (hehe) kolei.

W Full Throttle wcielamy się w Bena, przywódcę gangu motocyklowego Polecats. Chłopaki któregoś razu na trasie wyprzedzają lewitującą limuzynę Malcolma Corleya, właściciela Corley Motors, która jest ostatnią firmą produkującą motocykle w USA. Zachwycony Corley robi postój w tawernie do której zawitali Polecats i od razu zaprzyjaźnia się z Benem. Partner biznesowy Malcolma, Ripburger, proponuje gangowi eskortę Corleya na spotkanie z akcjonariuszami, na co lider watahy się nie zgadza. Na osobności Ben dostaje w ramach nagrody pałą po łbie i nieprzytomny trafia do kontenera na śmieci. Gang słyszy jednak inną wersję: wy ruszajcie w eskortę, a Ben was dogoni. Eskortę, która jest próbą wrobienia Polecats w nadchodzące morderstwo Malcolma. Oczywiście Ben nie ma zamiaru zostać kozłem ofiarnym, więc rozpoczyna się zarówno jego zemsta na Ripburgerze jak i próba oczyszczenia swojego imienia. Niestety, gdy rusza w pościg za resztą zgrai okazuje się, że ktoś grzebał przy jego motocykle. Ben rozwala się. Jego dupę ratuje fotograf, która jakimś cudem uwieczniła na kliszy również morderstwo Corleya. Zawozi ona Bena do Maureen, okolicznej mechanik-złotej rączki. Żeby było jeszcze bardziej zagmatwanie, dziewczyna okazuje się nieślubną córką Corleya i dziedziczką jego fortuny. Tyle spojlerów chyba wystarczy na początek.

Czytaj dalej...