25 Lut 2026
Trop za tropemDeath Come True
デスカムトゥルー
1 września. IzanagiGames razem z studiami telewizyjnymi Nippon TV oraz AX-ON ogłaszają AKIBA LOST, aktorską grę przygodową. Chwalą się dwudziestoma godzinami rozgrywki, podobną liczbą godzin materiału wideo oraz setką tysięcy klatek zdjęć. Zapowiada się wielka uczta dla fanów gatunku. Wieść ta przypomina mi o innej grze tego samego gatunku oraz tego samego wydawcy, Death Come True, aczkolwiek autorstwa Too Kyo Games, studia prowadzonego przez autorów takich serii jak Danganronpa czy Zero Escape, którzy odeszli ze Spike Chunsoft na swoje. Wszystkie składniki na hit wydają się być na miejscu, ale czy to wystarczyło? Moim zdaniem niestety nie, ale o tym zaraz.
Zawiązanie akcji. Hotelowy pokój. Dzyń-dzyń! Halo, tutaj recepcja, pora wstawać. Makoto Karaki, nasz bohater, budzi się, lecz niczego nie pamięta. No cóż, amnezja, zdarza się, to zresztą bardzo częsta przypadłość dotykająca protagonistów. W tle gra telewizor. Ups! Pojawia się nasza morda we wiadomościach. Według najnowszej transmisji jesteśmy seryjnym mordercą. Cholibka. Po rozejrzeniu się po pomieszczeniach wychodzi na to, że gadające głowy raczej nie kłamały: w łazience znajdujemy nieprzytomną nieznajomą. Puk-puk! Do naszego pokoju próbuje dostać się policjant. Nie mamy innego wyjścia jak go wpuścić, gra daje nam pojedynczy wybór. Na nasze nieszczęście, Makoto akurat ponownie pokazywany jest na ekranie telewizora, gdy funkcjonariusz rozgląda się po pokoju. Mamy przypał! Wywiązuje się szamotanina, zwieńczona wystrzałem z rewolweru, a następnie naszą śmiercią. Kontynuujesz czy rezygnujesz? Wiadomo, pierwsza opcja, w końcu zobaczyliśmy raptem pięć minut rozgrywki.
Zawiązanie akcji. Hotelowy pokój. Dzyń-dzyń! Hola, hola, ja już to widziałem! Doskonale wiemy co się stanie, bo zarówno ja jak i bohater już znamy dalszy ciąg historii. Puk-puk! Tym razem mamy możliwość schowania się do szafy, co daje nam potem kolejne decyzje do podjęcia. Glina wyważa drzwi. Zaatakować funkcjonariusza policji czy kitrać się dalej? OK, zostaję. Glina znajduje dziewczynę i ją wynosi. Makoto chwile czeka, a potem przeczesuje pokój w poszukiwaniu alternatywnego wyjścia. Podejmuje decyzję wybić okno, lecz nim to mu się uda, przyjmuje śmiertelne cios łomem w głowę.
Zawiązanie akcji. Hotelowy pokój. Dzyń-dzyń! Tak właśnie wygląda zabawa w Death Come True. Jest to interaktywny film w swojej najbardziej prymitywnej opcji, przypominającej powieść paragrafową. Tylko taką bardzo uproszczoną, bez żadnych alternatywnych zakończeń czy rozwidleń prowadzących do tego samego wyniku różnymi ścieżkami. Albo podejmujesz właściwą decyzję albo protagonista ginie, a następnie budzi się w łóżku. Iluzja wyboru, pozycja doprawdy liniowa. Same złe zakończenia nie są nawet interesujące, wszakże wszystkie kończą się ukatrupieniem na różnorakie sposoby, niczym w kinie ciachanym, tj. slasherach. Nie jest to poziom fabuły z 428: Shibuya Scramble, gdzie prawie każda nasza porażka należała do intrygujących historyjek.
Dziwi mnie, że autorzy nie spróbowali dodać innych mechanik. Pętle czasowe jako trzon rozgrywki nie są znane od dziś, wszakże na podobnym patencie operowała chociażby The Legend of Zelda z Nintendo 64, o którym przypomnieli nam w lepszym stylu autorzy wydanego rok później Twelve Minutes. Tam naszym celem było wydostać się z apartamentu w absurdalnie krótkim czasie. Mimo małej lokacji, miało się poczucie, że swoboda była większa. Presja czasu także była większa, co istotnie wpływało na wczutę. Inną z możliwych opcji było pójście drogą serii Tex Murphy, gdzie można swobodnie poruszać się po lokacjach z pierwszej osoby. Co prawda, rozwiązanie to byłoby droższą z opcji, lecz jak pokazało nam Tesla Effect ufundowane przez fanów, wystarczy 450 tysięcy amerykańskich baksów by zrobić porządnie kiczowatego średniaka z dużą ilością efektów generowanych komputerowo, nieodstających jakością od takich hitów srebrnego ekranu jak Powrót do Silent Hill. Nawet bardziej klasyczna opcja przygodówkowa byłaby ciekawsza. Japończycy wszakże mieli swojego Texa, pod postacią serii z lat osiemdziesiątych zatytułowanej J.B. Harold. Ostatniej grze z tej franczyzy, Blue Chicago Blues, bliżej było do Snatchera z aktorami, aczkolwiek nawet takie stosunkowo archaiczne podejście zwiększyłoby interaktywność gry. Opcji było wiele, autor Danganronpy poszedł po linii najmniejszego oporu i mu się to zdecydowanie nie opłaciło.
Przed uruchomieniem dwugodzinnego Death Come True nie miałem wygórowanych oczekiwań, w końcu nie dostajemy gier z prawdziwymi aktorami na codzień. Jedyne co mi pozostało po przejściu gry to uczucie zawodu. Spodziewałem się pozycji na poziomie produkcji studia Wales Interactive, jak na przykład średnie Late Night. Poprzeczka nie została zawieszona wysoko. No cóż, liczę na to, że IzanagiGames nauczą się na błędach, a AKIBA LOST wyjdzie im lepiej. Ja, choć nie mam ku temu żadnych logicznych podstaw, jestem skłonny dać im drugą szansę.