Co nowego?

18 Kwi

Dzień Kultury Japońskiej w Łodzi! Wpadnij spotkać się z nami oraz pograć w gry wideo.


23 Lip 2017

Wspomnienia z ziemi niczyjej

Ziemia niczyja, szara strefa, czarny rynek. Nazwij to jak chcesz. Istnieją od zawsze, zapewne również na zawsze. Dla nas graczy będzie to piractwo, modyfikowanie konsol oraz emulacja. Tudzież różnorakie nielicencjonowane akcesoria i gry czy klony sprzętów. Dla wielu niezrozumiałe zagadnienia, zupełnie niepotrzebne, dla innych jedyna szansa na możliwość zagrania w jakiekolwiek tytuły. Jednakże, mają duży wpływ na gospodarkę, ale i także są od niej zależne. Czemu ludzie sięgają po takie nie do końca etyczne rozwiązania? Jakie są ich motywy, dlaczego starają się iść pod prąd? Czy są one w jakimkolwiek stopniu pozytywne, a może jedynie są udręką producentów gier i konsol? Z góry ostrzegam, że zawarte tutaj tytułowe wspomnienia, będą w dużej mierze podkoloryzowane patrzeniem przez różowe okulary.

Rozpocznę na wpół chronologicznie. Połowicznie, gdyż zacznę od tego, z czym najpierw spotkałem się w swoim życiu. A mianowicie będą to klony konsol. W swoim arsenale miałem takie cudeńka jak Video Game CA-160 (czyli Atari 2600 Jr.) czy Ending-Man Terminator BS-500AS (czyli Famicom). Na pierwszym niestety nie pograłem za dużo, pomimo pokaźnej liczby wbudowanych gier. Z powodu wadliwego joysticka, mogłem jedynie skręcać w prawo, więc w River Raid nigdy za daleko nie udało mi się dolecieć. Wielka szkoda, może kiedyś uda mi się dokupić działający kontroler, by móc ograć te wszystkie klasyki. Z drugą konsolą natomiast mam ogrom wspomnień. Na tymże „Pegazusie” przeszedłem dziesiątki tytułów. W sumie, przewinęło się kilka tych klonów, gdyż lubiły się smażyć wraz z zasilaczami. Dmuchanie „dyskietek” też było na porządku dziennym. Jednakże, setek godzin w „Tanki” (czyli Battle City), Super Mario Bros., bądź Contrę nikt mi nie zabierze. Dzięki tej konsoli również pierwszy raz wylądowałem „na dywaniku”. Chciałem przyciąć kolegę w chuja, dając mu niesprawny kartridż z Tom & Jerry, w zamian za karta z jego kolekcji. Niestety, zrobiliśmy to na samym środku sali, co skończyło się cofnięciem wymiany i poważną rozmową „Pani” z rodzicami. Przejdźmy jednak do kwestii legalności i moralności. Sprzęt ten nie był produkowany nigdy na licencji Nintendo, lecz nie przypominam sobie, aby oryginalna konsola była sprzedawana w naszym kraju. Tak samo w Chinach i państwach bloku wschodniego. Dlatego więc, usprawiedliwiam działanie producentów i handlarzy. Gdyby nie oni, branża growa w naszym kraju byłaby jeszcze bardziej zacofana w naszym kraju. Pegasus był u nas wciąż popularny, gdy zagranicą królowało PlayStation. Tymczasem, to dzięki niemu przeciętny zjadacz chleba mógł na własne oczy przekonać się na czym polega elektroniczna rozrywka. Dziękujmy ludziom, którzy wpadli na pomysł sprowadzenia tego sprzętu do Polski i rozpropagowania go na szeroką skalę.

Czytaj dalej...


14 Lip 2017

Za hajs z najntisów baluj

Mamy rok 2017. Nintendo niedawno wypuściło na rynek NESa, a Nokia już zaraz dostarczy konsumentom model oznaczony numerem 3310. No i nie możemy zapomnieć o Sedze, która dopiero co wydała swój flagowy tytuł Sonic The Hedgehog. Nie żadną kontynuację, chodzi o tę samą grę co w 1991 roku, tyle że na telefon. To nie jedyne grzeszki branży gier, która woli jechać na nostalgii, zamiast dostarczyć czegoś nowego graczom. Po co, skoro „weterani” będą zachwyceni reedycjami szpili, które katowali w swoim dzieciństwie. Do czego ogólne przyzwolenie na „retro feeling” doprowadza?

Zacznijmy od najmniejszego zła, czyli pixel art. Osobiście uwielbiam ten styl graficzny, ale twórcy gier indie za bardzo kierują się w tę stronę. Wydaje się, że co druga niezależna gra nawiązuje grafiką do staroci z Pegazusa, czy trochę nowszego SNESa. Owszem, bardzo często są to dobre i grywalne tytuły, lecz z racji powielania schematów, zazwyczaj nie da się odróżnić ich od siebie. Zamiast eksperymentować z prezentacją gry, twórcy preferują iść utartym szlakiem, który przecież jest dla nich kurą znoszącą złote jaja. Na szczęście, kiedyś deweloperzy mieli jaja i nie bali się postawić na nietuzinkowość. Do pionierów tego powrotu do korzeni nic nie mam, propsuję Super Meat Boya czy Retro City Rampage. Chwalę sobie Guacamelee, że nie wybrało drogi na skróty, tylko stworzyło własny, unikatowy klimat. A o was Sonic Manio czy Double Dragonie IV, nie wiem co mam sądzić. Próbowaliście kiedyś wejść w świat „aktualnej” grafiki, lecz nie wyszło wam to na dobrze. Może właśnie tutaj powinniśmy akceptować wyjątki, cieszyć się z takiego obrotu sprawy?

Czytaj dalej...


28 Cze 2017

Deus Ex... Machina

Dawno, dawno temu, za siedmioma półkami, za siedmioma przecenami, znalazłem w sklepie grę o wdzięcznej nazwie Mass Effect w wersji na PC. Zabawy było co niemiara. Wciągnąłem się jak trzeba w przygody Komandora porucznika Sheparda oraz załogi jego statku, spędzając wiele godzin na ratowaniu Wszechświata. Kiedy udało mi się położyć ręce na płytce z kolejną częścią tej epickiej historii, byłem więcej niż ukontentowany. Zaimportowałem więc zapis z poprzedniej odsłony, by kontynuować grę stworzoną wcześniej przez siebie postacią i sprawdzić jak moje dotychczasowe wybory wpłyną na losy świata. Miałem poczucie, że biorę udział w czymś wielkim a zakończenie jakie zaserwowali mi twórcy wzmogło apetyt na ostatnią już część epickiej trylogii. Niestety, jak to w życiu często bywa w momencie, gdy pojawiła się trzecia część ME mój komputer nie nadawał się już raczej do odpalania najnowszych tytułów, a nie byłem posiadaczem żadnej z konsol, na które ten tytuł trafił. Po jakimś czasie zapomniałem więc o konieczności doprowadzenia opowieści do końca i wesoło ogrywałem masę innych produkcji. I może gdyby tak pozostało, byłoby lepiej…

Korzystając z promocji (znowu!) na PS Store zakupiłem całą trylogię ME w wersji na PS3 i na nowo rozpocząłem kosmiczną tułaczkę. Trochę czasu zajęło mi przebrnięcie przez dwie pierwsze części, które starałem się zakończyć w jak najlepszy sposób, by wraz ze zwieńczeniem serii zbierać słodkie owoce satysfakcji. Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany wieczór, w którym to po raz pierwszy odpaliłem ME 3, i z wielkim entuzjazmem zabrałem się za wojnę ze Żniwiarzami. Szybko zorientowałem się, że nie będzie to najlepsza spośród wszystkich trzech części, choć trzeba przyznać, że rozgrywka była solidna. Trochę się zawiodłem uświadamiając sobie, że większość z decyzji podjętych przeze mnie w poprzednich grach, nie ma tak naprawdę zbyt wielkiego znaczenia. Nie jestem fanem wieloosobowej gry przez sieć, więc nie spodobało mi się także położenie dość dużego nacisku na ten rodzaj rozgrywki. Przymknąłem więc oko na te rzeczy i po prostu grałem. Przed ostatnią bitwą byłem już podkręcony jak jakiś Beyblade, wszystko zapowiadało bowiem epicki finał. Z poczuciem dumy patrzyłem na przedstawicieli różnych ras z całej galaktyki, które postanowiły wesprzeć Ziemię. Serio, aż się wzruszyłem gdy Wrex przemawiał do armii Krogan. Parę minut później zaczęła się sieczka, moje zaangażowanie wzrosło do niewyobrażalnego poziomu, by po chwili opaść i pozostawić mnie z jednym pytaniem, które nie dawało mi spokoju. Brzmiało ono mniej więcej tak: „Co tu się właśnie odjebało?”.

Czytaj dalej...


21 Cze 2017

Marketing dojelitowy

„Cash rules everything around me!” rzekli kiedyś członkowie Wu-Tang Clanu. Koła na nowo nie wynaleźli, lecz ładnie sformułowali uniwersalną prawdę. Pieniądze to ważny czynnik podczas produkcji gier, ich brak spowalnia produkcję, lecz nadmiar również może zaszkodzić. Biorąc pod uwagę, jaki procent budżetu gry jest przeznaczany stricte na jej tworzenia, a ile pieniędzy może być wydanych na cele marketingowe, możemy zauważyć niezdrowy trend. Historię No Man’s Sky pewnie znacie, ale takich przypadków jest o wiele więcej. Jednak ten artykuł nie będzie o porażkach finansowych i produkcyjnych tytułów, a o złych zjawiskach związanych z reklamą, jakie możemy zaobserwować podczas zwiedzania Internetu czy rozmów z ludźmi.

Zacznijmy więc od zalewu wiadomościami. Wejście na dowolny portal z informacjami o grach gwarantuje, że przeczytamy o kolejnych „wyciekach”, porównywaniem grafiki na wszelakich możliwych platformach, no i oczywiście będzie mogli również obejrzeć „ekskluzywny” godzinny pokaz rozgrywki. Nie mówiąc już o wałkowaniu jednej gry codziennie przez miesiąc, karmiąc nas relacjami o tym jak działa kamera w grze, czy jak zaprogramowani są NPC. Tak, dokładnie tego chcą gracze, oglądać wstęp do fabuły, zamiast go ograć samemu w domu, po premierze. Chociaż patrząc na popularność różnorakich filmów z tzw. „let’s play”, nie jest dziwne, iż wydawnictwa decydują się na takie kroki. Widać, że ludzie samemu zgadzają się na takie rozwiązania, tak samo jak zgodzili się na kupowanie DLC czy płacenie za dostęp do grania przez Internet na konsolach. Nie rozumiem takiego bytu rzeczy. Z jednej strony rozumiem, gracz chce się dowiedzieć czegoś o najnowszej produkcji, na którą czeka, ale czy takie wymuszanie nienaturalnego zainteresowania grą jest dla niej zdrowe?

Czytaj dalej...


11 Cze 2017

Krwawy prysznic

Osobiście lubię filmy Quentina Tarantino. Sposób, w jaki we „Wściekłych psach” została ukazana na ekranie przemoc zrobił na mnie swego czasu duże wrażenie. Bardzo gwałtowne przejście od cwaniackiego nastroju, który panuje podczas wstępu, do chaosu opanowującego obraz kilka chwil później potrafi solidnie wstrząsnąć widzem. Mam wrażenie, jakby ten film skrywał pewien dodatkowy przekaz. Mianowicie, jeśli chcemy pokazywać w kinie śmierć, cierpienie i takie tam różne okrucieństwa, to pokażmy jakie one są naprawdę. Nie mam oczywiście na myśli realizmu jako takiego, ale sposób przedstawienia przemocy, który pokazuje jej okropność i skłania oglądających do przemyśleń nad jej naturą. Jak to wszystko ma się do gier? Okazuje się, że niektórzy ich twórcy także wykorzystują brutalność w swoich dziełach, żeby wywołać w graczu odpowiednie uczucia. Opiszę tylko kilka z tytułów, które w sposób niebanalny zabierają się za rozlew krwi, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest ich dużo więcej.

Każdy, kto grał w wydanego niegdyś przez Rockstar „Manhunta”, połączenie skradanki i gry akcji, przyzna, że jest to gra wręcz przeładowana przemocą i oznaczenie 18+ na pudełku nie jest w tym przypadku przesadą. Gracz wcielając się w postać kryminalisty, który został zmuszony do udziału w czymś pokroju polowania na ludzi skrzyżowanego z reality show, będzie wielokrotnie eliminować ze szczególnym okrucieństwem zbirów stojących na jego drodze. Twórcy dodatkowo zachęcają nas do stosowania jak najbardziej odrażających sposobów by kogoś zabić, punktując je dodatkowo, co wpływa na ranking z jakim kończymy etap. Oczywiście dojrzały emocjonalnie człowiek nie musi obawiać się zgubnego wpływu wirtualnej przemocy na swoje zdrowie psychiczne, lecz przyznam, że patrzenie na scenki prezentujące zabójstwo przy użyciu plastikowej torebki czy kawałka szkła, potrafi porządnie wstrząsnąć. Okazuje się bowiem, że zabić można naprawdę wieloma przedmiotami, którymi posługujemy się w codziennym życiu. Wystarczy odrobina fantazji. Mimo wszystko oglądanie tych jakże wyszukanych egzekucji, po jakimś czasie zaczyna po prostu męczyć. Gra przychodzi wtedy z pomocą, pchając do rąk bohatera starą, dobrą broń palną. Ze strzelaniem do kolejnych zastępów wszelkiej maści łotrów nikt nie ma szczególnego problemu. Śmierć nie jest wtedy szczególnie wyeksponowana i robi dużo mniejsze wrażenie niż rozbijanie czaszki przy pomocy młotka. Być może tym, co tak bardzo nas gorszy w zabójstwach oglądanych w trakcie rozgrywki, jest to jak bardzo szczegółowo są one przedstawione.

Czytaj dalej...