Co nowego?
- 18 Kwi
-
Dzień Kultury Japońskiej w Łodzi! Wpadnij spotkać się z nami oraz pograć w gry wideo.
14 Lip 2017
Za hajs z najntisów balujMamy rok 2017. Nintendo niedawno wypuściło na rynek NESa, a Nokia już zaraz dostarczy konsumentom model oznaczony numerem 3310. No i nie możemy zapomnieć o Sedze, która dopiero co wydała swój flagowy tytuł Sonic The Hedgehog. Nie żadną kontynuację, chodzi o tę samą grę co w 1991 roku, tyle że na telefon. To nie jedyne grzeszki branży gier, która woli jechać na nostalgii, zamiast dostarczyć czegoś nowego graczom. Po co, skoro „weterani” będą zachwyceni reedycjami szpili, które katowali w swoim dzieciństwie. Do czego ogólne przyzwolenie na „retro feeling” doprowadza?
Zacznijmy od najmniejszego zła, czyli pixel art. Osobiście uwielbiam ten styl graficzny, ale twórcy gier indie za bardzo kierują się w tę stronę. Wydaje się, że co druga niezależna gra nawiązuje grafiką do staroci z Pegazusa, czy trochę nowszego SNESa. Owszem, bardzo często są to dobre i grywalne tytuły, lecz z racji powielania schematów, zazwyczaj nie da się odróżnić ich od siebie. Zamiast eksperymentować z prezentacją gry, twórcy preferują iść utartym szlakiem, który przecież jest dla nich kurą znoszącą złote jaja. Na szczęście, kiedyś deweloperzy mieli jaja i nie bali się postawić na nietuzinkowość. Do pionierów tego powrotu do korzeni nic nie mam, propsuję Super Meat Boya czy Retro City Rampage. Chwalę sobie Guacamelee, że nie wybrało drogi na skróty, tylko stworzyło własny, unikatowy klimat. A o was Sonic Manio czy Double Dragonie IV, nie wiem co mam sądzić. Próbowaliście kiedyś wejść w świat „aktualnej” grafiki, lecz nie wyszło wam to na dobrze. Może właśnie tutaj powinniśmy akceptować wyjątki, cieszyć się z takiego obrotu sprawy?
28 Cze 2017
Deus Ex... MachinaDawno, dawno temu, za siedmioma półkami, za siedmioma przecenami, znalazłem w sklepie grę o wdzięcznej nazwie Mass Effect w wersji na PC. Zabawy było co niemiara. Wciągnąłem się jak trzeba w przygody Komandora porucznika Sheparda oraz załogi jego statku, spędzając wiele godzin na ratowaniu Wszechświata. Kiedy udało mi się położyć ręce na płytce z kolejną częścią tej epickiej historii, byłem więcej niż ukontentowany. Zaimportowałem więc zapis z poprzedniej odsłony, by kontynuować grę stworzoną wcześniej przez siebie postacią i sprawdzić jak moje dotychczasowe wybory wpłyną na losy świata. Miałem poczucie, że biorę udział w czymś wielkim a zakończenie jakie zaserwowali mi twórcy wzmogło apetyt na ostatnią już część epickiej trylogii. Niestety, jak to w życiu często bywa w momencie, gdy pojawiła się trzecia część ME mój komputer nie nadawał się już raczej do odpalania najnowszych tytułów, a nie byłem posiadaczem żadnej z konsol, na które ten tytuł trafił. Po jakimś czasie zapomniałem więc o konieczności doprowadzenia opowieści do końca i wesoło ogrywałem masę innych produkcji. I może gdyby tak pozostało, byłoby lepiej…
Korzystając z promocji (znowu!) na PS Store zakupiłem całą trylogię ME w wersji na PS3 i na nowo rozpocząłem kosmiczną tułaczkę. Trochę czasu zajęło mi przebrnięcie przez dwie pierwsze części, które starałem się zakończyć w jak najlepszy sposób, by wraz ze zwieńczeniem serii zbierać słodkie owoce satysfakcji. Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany wieczór, w którym to po raz pierwszy odpaliłem ME 3, i z wielkim entuzjazmem zabrałem się za wojnę ze Żniwiarzami. Szybko zorientowałem się, że nie będzie to najlepsza spośród wszystkich trzech części, choć trzeba przyznać, że rozgrywka była solidna. Trochę się zawiodłem uświadamiając sobie, że większość z decyzji podjętych przeze mnie w poprzednich grach, nie ma tak naprawdę zbyt wielkiego znaczenia. Nie jestem fanem wieloosobowej gry przez sieć, więc nie spodobało mi się także położenie dość dużego nacisku na ten rodzaj rozgrywki. Przymknąłem więc oko na te rzeczy i po prostu grałem. Przed ostatnią bitwą byłem już podkręcony jak jakiś Beyblade, wszystko zapowiadało bowiem epicki finał. Z poczuciem dumy patrzyłem na przedstawicieli różnych ras z całej galaktyki, które postanowiły wesprzeć Ziemię. Serio, aż się wzruszyłem gdy Wrex przemawiał do armii Krogan. Parę minut później zaczęła się sieczka, moje zaangażowanie wzrosło do niewyobrażalnego poziomu, by po chwili opaść i pozostawić mnie z jednym pytaniem, które nie dawało mi spokoju. Brzmiało ono mniej więcej tak: „Co tu się właśnie odjebało?”.
21 Cze 2017
Marketing dojelitowy„Cash rules everything around me!” rzekli kiedyś członkowie Wu-Tang Clanu. Koła na nowo nie wynaleźli, lecz ładnie sformułowali uniwersalną prawdę. Pieniądze to ważny czynnik podczas produkcji gier, ich brak spowalnia produkcję, lecz nadmiar również może zaszkodzić. Biorąc pod uwagę, jaki procent budżetu gry jest przeznaczany stricte na jej tworzenia, a ile pieniędzy może być wydanych na cele marketingowe, możemy zauważyć niezdrowy trend. Historię No Man’s Sky pewnie znacie, ale takich przypadków jest o wiele więcej. Jednak ten artykuł nie będzie o porażkach finansowych i produkcyjnych tytułów, a o złych zjawiskach związanych z reklamą, jakie możemy zaobserwować podczas zwiedzania Internetu czy rozmów z ludźmi.
Zacznijmy więc od zalewu wiadomościami. Wejście na dowolny portal z informacjami o grach gwarantuje, że przeczytamy o kolejnych „wyciekach”, porównywaniem grafiki na wszelakich możliwych platformach, no i oczywiście będzie mogli również obejrzeć „ekskluzywny” godzinny pokaz rozgrywki. Nie mówiąc już o wałkowaniu jednej gry codziennie przez miesiąc, karmiąc nas relacjami o tym jak działa kamera w grze, czy jak zaprogramowani są NPC. Tak, dokładnie tego chcą gracze, oglądać wstęp do fabuły, zamiast go ograć samemu w domu, po premierze. Chociaż patrząc na popularność różnorakich filmów z tzw. „let’s play”, nie jest dziwne, iż wydawnictwa decydują się na takie kroki. Widać, że ludzie samemu zgadzają się na takie rozwiązania, tak samo jak zgodzili się na kupowanie DLC czy płacenie za dostęp do grania przez Internet na konsolach. Nie rozumiem takiego bytu rzeczy. Z jednej strony rozumiem, gracz chce się dowiedzieć czegoś o najnowszej produkcji, na którą czeka, ale czy takie wymuszanie nienaturalnego zainteresowania grą jest dla niej zdrowe?
11 Cze 2017
Krwawy prysznicOsobiście lubię filmy Quentina Tarantino. Sposób, w jaki we „Wściekłych psach” została ukazana na ekranie przemoc zrobił na mnie swego czasu duże wrażenie. Bardzo gwałtowne przejście od cwaniackiego nastroju, który panuje podczas wstępu, do chaosu opanowującego obraz kilka chwil później potrafi solidnie wstrząsnąć widzem. Mam wrażenie, jakby ten film skrywał pewien dodatkowy przekaz. Mianowicie, jeśli chcemy pokazywać w kinie śmierć, cierpienie i takie tam różne okrucieństwa, to pokażmy jakie one są naprawdę. Nie mam oczywiście na myśli realizmu jako takiego, ale sposób przedstawienia przemocy, który pokazuje jej okropność i skłania oglądających do przemyśleń nad jej naturą. Jak to wszystko ma się do gier? Okazuje się, że niektórzy ich twórcy także wykorzystują brutalność w swoich dziełach, żeby wywołać w graczu odpowiednie uczucia. Opiszę tylko kilka z tytułów, które w sposób niebanalny zabierają się za rozlew krwi, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest ich dużo więcej.
Każdy, kto grał w wydanego niegdyś przez Rockstar „Manhunta”, połączenie skradanki i gry akcji, przyzna, że jest to gra wręcz przeładowana przemocą i oznaczenie 18+ na pudełku nie jest w tym przypadku przesadą. Gracz wcielając się w postać kryminalisty, który został zmuszony do udziału w czymś pokroju polowania na ludzi skrzyżowanego z reality show, będzie wielokrotnie eliminować ze szczególnym okrucieństwem zbirów stojących na jego drodze. Twórcy dodatkowo zachęcają nas do stosowania jak najbardziej odrażających sposobów by kogoś zabić, punktując je dodatkowo, co wpływa na ranking z jakim kończymy etap. Oczywiście dojrzały emocjonalnie człowiek nie musi obawiać się zgubnego wpływu wirtualnej przemocy na swoje zdrowie psychiczne, lecz przyznam, że patrzenie na scenki prezentujące zabójstwo przy użyciu plastikowej torebki czy kawałka szkła, potrafi porządnie wstrząsnąć. Okazuje się bowiem, że zabić można naprawdę wieloma przedmiotami, którymi posługujemy się w codziennym życiu. Wystarczy odrobina fantazji. Mimo wszystko oglądanie tych jakże wyszukanych egzekucji, po jakimś czasie zaczyna po prostu męczyć. Gra przychodzi wtedy z pomocą, pchając do rąk bohatera starą, dobrą broń palną. Ze strzelaniem do kolejnych zastępów wszelkiej maści łotrów nikt nie ma szczególnego problemu. Śmierć nie jest wtedy szczególnie wyeksponowana i robi dużo mniejsze wrażenie niż rozbijanie czaszki przy pomocy młotka. Być może tym, co tak bardzo nas gorszy w zabójstwach oglądanych w trakcie rozgrywki, jest to jak bardzo szczegółowo są one przedstawione.
3 Cze 2017
Rekonwalescencja drewnianego uchaCzęsto grając w nowe tytuły wyłączam ścieżkę dźwiękową, aby móc zapuścić własną muzykę z twardego dysku, bądź dalej wygodnie rozmawiać ze znajomymi przez Internet. Czy soundtracki są teraz słabsze? Nie sądzę, po prostu to moje lenistwo i ignorancja. Kiedyś natomiast mogłem godzinami krążyć furą po mieście w Grand Theft Auto słuchając szlagierów puszczanych w Mieście Nałogów, intencjonalnie wolniej jeździć, by móc dotrwać do końca utworu zanim gra zmusi mnie do wyjścia z pojazdu. Specjalnie pauzować mecze w FIF-ie, by sprawdzić jaki kolejny kawałek wylosuje system. I właśnie o takich eklektyczny tworach, a właściwie o całych seriach, które ukształtowały mój gust muzyczny będzie ten artykuł.
Zacznijmy od klasyki pełnej młodzieńczego buntu i fascynacji zachodnimi trendami. Tak można w skrócie opisać czym był skateboarding dla polskiej młodzieży na początku drugiego tysiąclecia. A wraz z nim gry z serii sygnowanej nazwiskiem pierwszego skejtera, któremu udało się wykonać obrót o 900 stopni, czyli Tony’ego Hawka. Wiedzieliście, że dalej śmiga na desce z ekipą innych podstarzałych wariatów? Niedługo na karku pięć dych, ale jak widać można. Ale nie o tym ma być ten tekst, tylko o gierkach. A te cechowały się świetnie opracowaną rozgrywką, z której wylewała się tona frajdy. No i oczywiście do tego zawsze dochodziły świetne wstawki filmowe, gdzie na przykład mogliśmy obejrzeć jak Bob Burnquist zalicza otwartą pętlę. Dorzućmy jeszcze idealną ścieżkę dźwiękową, w której głównym filarem zawsze był punk. Od niego zaczęła się pierwsza cześć, serwując nam klasykę gatunku pod postacią Dead Kennedys czy Suicidal Tendencies, przeplatając ska-punkiem granym przez Goldfinger oraz The Suicide Machines. Druga odsłona zaserwowała nam takie tuzy jak Naughty by Nature, bądź Public Enemy, czyli pełnoprawny hip-hop. Natomiast już w trzeciej części można było zaobserwować podwaliny trzeciego rodzaju muzyki jaki możemy spotkać na przestrzeni następnych serii, czyli muzyki alternatywnej. Trendy te utrzymywały się przez wszystkie kolejne części gry, jedynie dodając wariacje tychże gatunków. To właśnie grając w Tony’ego Hawka, poznałem i zakochałem się w asach gatunku jakimi są Gang Starr czy Rancid, ale i też zagłębiłem się w tak niszowe składy jak Lagwagon czy The Bouncing Souls. Warto zauważyć, iż konkurencja wcale nie pozostawała w tyle, ścieżka w grach z jazdą na BMX-ie, reklamowana nazwiskiem Dave’a Mirry też trzymała wysoki poziom, karmiąc nas Sublime czy Cypress Hill. Gorąco zachęcam do przesłuchania wszystkiego co znalazło się w obu tych seriach. A nawet lepiej będzie, jeśli zagracie w te starocie.