16 Kwi 2025

Życie to tylko gra

Vietcong

King’s Cross Praga. Zwyczajny, sobotni wypad do centrum handlowego z hipermarketem, by zrobić zakupy na cały tydzień. Lub więcej, byłem wtedy zbyt mały, żeby zajmować się takimi logistycznymi kwestiami wyżywienia całej rodziny. Ale nie byłem zbyt mały, by siąść ze szwagrem w kafejce internetowej zamiast iść do Geant’a. Na PEGI ludzie dopiero zaczęli zwracać uwagę w czasach, gdy Pazur próbował kupić Left 4 Dead 2. Kilka istotnych lat później. W takich miejscach gry wybierało się po poziomie czadowości ikonki na pulpicie lub z polecenia. Szwagier się znał, szukał swojego ulubionego Soldier of Fortune, którego niestety nie było, na szczęście znalazł Medal of Honor: Allied Assault. Ogromne słuchawki nauszne zostały zainstalowane na mojej dziecięcej głowie. Pamiętam, że gra zrobiła ogromne wrażenie, mąż siostry (choć chyba wtedy jeszcze chłopak) musiał mnie uciszać. Nigdy wcześniej nie miałem okazji przeżyć tak immersyjnego doświadczenia z komputerkiem, ani też nie miałem porządnego, wyciszającego otoczenie sprzętu audio na sobie. Tak zrodziła się moja miłość do gatunku amerykański żołnierz strzela, która zakończyła się wraz z rezygnacją z rozgrywek wieloosobowych. Ale nie wyprzedzajmy faktów, wróćmy do tamtych czasów.

Vietcong 1

W podobnym okresie, również od szwagra otrzymałem komplet świeżo wypalonych płyt okraszonych wykonanym markerem napisem Vietcong oraz odpowiednio CD1 oraz CD2. Czasy napędu DVD w moim domu dopiero miały nadejść, komputer kupiony za pieniądze z pierwszej komunii świętej jeszcze nie miał takich bajerów. Przynajmniej w wersji przed modernizacją. Kurczę, mogłem wtedy wziąć jednak to PlayStation 2, które patrzyło na mnie z półek elektromarketu Electro World. Na blaszaka dałbym radę naciągnąć rodziców, wszakże to sprzęt potrzebny do nauki, a tak na otrzymanie Sonki musiałem poczekać jeszcze kilka lat. Przeszłości już niestety nie naprawię. Koniec dygresji. Instalator w kolorach moro pobudzał wyobraźnię do działania, tak jak i stylowy, żółty logotyp z wojskowym fontem. Oj tak, jeszcze tylko „instalacja” cracka i można grać. Możliwe, że pamięć płata mi figle, ale jest wysoce prawdopodobne, że to na tej grze nauczyłem się tajników „hakowania”. Najpierw jednak, szwagier musiał zadzwonić do swojego brata i wypytać, gdzie jest odpowiednia medycynka i jak ją zaaplikować. Pamiętacie w ogóle jeszcze ten piracki slang?

Vietcong 2

Kolejny ekran moro, tym razem menusy. Z głośników dobiega muzyka przypominająca tą Jimiego Hendrixa. Po latach dowiedziałem się, że ten kawałek nagrał czeski zespół Rude Kostry, tytułując go… „Pseudohendrix”. No, także tego, przynajmniej ucho mam dobre, choć w SingStarze zazwyczaj dostaję ocenę „drewniane ucho”. Ktoś mnie tutaj oszukuje. Wybieramy poziom trudności, wtedy jeszcze Normal lub Easy, toć jeszcze byłem ciut większym bąbelkiem. Helikopter, kolejny mocarny kawałek, tutaj już Deep Purple oraz „Hey Joe”. Wojaki coś nawijają luzackim angielskim. Rozumiem piąte przez dziewiąte: prywatne lekcje angielskiego w przedszkolu oraz pobliskim klasztorze sióstr zakonnych na coś się przydały. Wysiadka ze śmigłowca, miejscowi żołnierze wypakowują kraty z jakimś trunkiem. Nie dam sobie ręki uciąć, zawsze myślałem, że to Coca-Cola ale istnieje wysokie prawdopodobieństwo, iż to bronks. Dowódca nas wita, zaprasza do baraku dowodzenia, gdzie mamy dostać co nieco wprowadzenia. Następnie pokazuje nam naszą potężną dwupokojową sypialnię, gdzie zostawiamy plecak z ukochanym pluszakiem. Czas na strzelnicę, gdzie możemy wybrać sobie giwerę na najbliższą misję, jaką ma być wizyta lekarska w pobliskiej wiosce. Stoją tarcze, stoją butelki. Do dyspozycji mamy na ten moment sprawdzonego w czasach drugiej wojny światowej Thompsona, a także strzelbę Remingtona oraz karabinek M1. Spluwa wybrana, możemy przestudiować opis najbliższego zadania w swojej kanciapce. Możemy też przeczytać dokumentację o wrogu czy opisy techniczne dostępnych obecnie w obozie pukawek. Jest też nasz pamiętnik, lecz na początku przygody z wiadomych powodów jest dość pusty. W przyszłości wraz z postępem zapełnimy go tekstem, fotkami oraz rysunkami.

Vietcong 3

Na pierwszej misji poznajemy naszego oddziałowego medyka, Crockera. Do w miarę wesołej ekipki dołączą także radiowiec Defort, przewodnik Nhut, człowiek od ciężkiego karabinu maszynowego Hornster oraz Bronson, żołnierz od amunicji i materiałów wybuchowych. My nazywamy się Hawkins. Składem można zarządzać, zarówno wszystkimi na raz wydając ogólne polecenia jak i wołać do siebie poszczególne osoby. Jest to dość istotna mechanika pozwalająca nam na znacznie dłuższe przeżycie w dżungli, w szczególności na najwyższym poziomie trudności, gdzie bez tego ani rusz. Chłopaki dobrze strzelają do wroga, są bardzo przydatni w walce. Przyjmują też obrażenia na klatę, dzięki czemu mniej kul sięga nas. Nhut świetnie prowadzi przez chaszcze, warto go wysyłać naprzód by spokojnym, lecz pewnym krokiem dreptał do przodu nawigując przez mylące szlaki pełne wszystkich odcieni zieleni. Ostrzega nas, gdy zauważa ludzi-drzewa, informuje też o pułapkach zastawionych przez wroga. Twórcy pod tym względem byli dość wierni faktom, stosunkowo często przeszkadzać nam będą miny stworzone z granatów, kijków oraz linki, rowy pełne ostro zakończonych bambusów czy inne mechanizmy oparte o kolce. Wietnamczycy byli pomysłowi, jeżeli chodzi o eksterminację Amerykanów.

Vietcong 4

Kolejne eskapady naszego szwadronu będą bardziej zróżnicowane: wysadzimy most, pomożemy w obronie bazy, będziemy odbijać pojmanych żołnierzy, jeździć furą, pływać łodzią, latać helikopterem, przemieszczać się przez tunele Wietkongu czy zanurzeni po pas drałować w bagnach Wietnamu. To nie jest komplet atrakcji, ale nie chcę też uchylać wszystkich rąbków tajemnicy. Poza piątką wojaków w niektórych misjach uzyskamy również wsparcie: zarówno piechoty, jak i powietrzne, wzywane przez radiostację Deforta. Użyjemy wtedy naszej mapy by mniej-więcej zaznaczyć cele dla nalotu. Bomby mają srogie jebnięcie, grając bez HUD-u łatwo sobie wyrządzić szkodę. Swoją drogą, tę opcję bardzo polecam. Immersja jest wtedy nieziemska. Brak celownika i radaru, naboje w magazynku liczymy w głowie. Gra wtedy może nam jedynie pokazać dostępny inwentarz, ogólną liczbę magazynków oraz symbol możliwości podniesienia przedmiotu z ziemi. Klimat top, prawie jak VR. Nie, żebym znał się na wirtualnej rzeczywistości. Lubię, gdy tytuł umożliwia celowanie przez przyrządy zamontowane na giwerze, zamiast nadupiać ciągle z biodra. Bronie też mają odpowiednie pierdolnięcie. Celny strzał z Mosin-Naganta potrafi upierdolić kończynę lub głowę i zakończyć natychmiastowo życie nasze lub wroga. To może być równocześnie plus, jak i minus tej pozycji. Żołnierze ewidentnie komunikują się między sobą, dając sobie znać o naszej pozycji, tak jak robi to nasz skład. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę w dzisiejszych czasach, gdy dostaję kulkę w łeb przez trzy warstwy krzaków grając na poziomie trudności Veteran. Osobiście nie mam z tym problemu, ostatecznie Amerykanie dostali srogi wpierdol podczas tej wojny, więc nie wiem czemu miałbym mieć inne doświadczenia grając w Vietcong. Poza świetnym przekazywaniem informacji między sobą, sztuczna inteligencja potrafi także nacierać na wroga, przeskakiwać przez kłody i inne przeszkody, wspinać się na wyższe elementy otoczenia, wychylać zza krzaków i drzew. Pełen komplet.

Vietcong 5

Opisując Vietcong trudno jest nie wspomnieć o oprawie graficznej oraz udźwiękowieniu. Poziomy są świetnie zaprojektowane, dżungla jest pełna fauny i flory. Mnóstwo krzaków, wiele drzew, skaczące żaby, biegające myszy i przeciwnicy idealnie zlewający się z otoczeniem. Biegając po ruinach świątyń wszędzie natrafimy na przyrodę walczącą z tworami człowieka. Przeciskając się przez tunele wykopane przez wroga natrafimy na podziemne komnaty, szpitale czy wychodki. Przemieszczając się nocą gówno zobaczymy, jeżeli nie uruchomimy latarki czy nie oświetlimy sobie drogi światłem chemicznym. Tak powinien wyglądać Wietnam we wszystkich grach wideo podejmujących się tej tematyki. Głosy postaci są świetnie dobrane, ekipa drze się do siebie w momentach wzmożonego ostrzału, padają soczyste kurwy i inne wyzwiska w stronę wietnamskiego wroga. Oddziały przeciwnika również odpowiadają nam zarówno w swoim języku, jak i łamanym angielskim. Po ustrzeleniu nas nawet szyderczo się śmieją, co jest dość przerażające. Wybuchy wywołują pisk w uszach, a każda nasza śmierć zwieńczona jest JEBITNYM UDERZENIEM GONGA, co potrafi wystraszyć, gdy nagle snajper siedzący na drzewie jednym celnym strzałem eliminuje naszą postać. Dżungla też wydaje swoje odgłosy, słychać małpy, brzęczące ciągle robactwo potrafi irytować, a znajdując się przy wodzie usłyszymy ropusze dźwięki. To jest to.

Vietcong 6

Vietcong krążył w moim życiu przez kilka lat. Pierwsze podejścia do tematu były stricte w trybie jednoosobowym. W późniejszych latach Neostrada trafiła pod strzechy wielu polskich domów, a gra u nas otrzymała drugą szansę, gdy była bezpłatnym dodatkiem do czasopisma Play. Podstawka, oficjalny dodatek, darmowa kampania kooperacyjna do gry przez Internet oraz fanowska ekspansja. Mieli rozmach, skurwysyny. Takową płytką pochwalił się kolega z podstawówki (pozdrawiam, jeżeli trafisz kiedykolwiek na ten tekst!), Vietcong wrócił do łask. Dziesiątki godzin spędzonych na trybie każdy na każdego, czasem urozmaicanych drużynową rozwałką czy trybem pojmania flagi. Grając w odmianę bezmyślnego mordowania siebie nawzajem trafialiśmy na mapę uzbrojeni tylko w pistolet, ekwipunek trzeba było zdobyć w predefiniowanych miejscach. Kilkanaście rozgrywek później mapę znało się na pamięć a rozgrywka przypominała wtedy trochę Quake’a i jego czajenie się na zbroje i amunicję. Port Halong do dziś pozostanie jedną z moich ulubionych plansz w jakiejkolwiek grze wideo. Wspaniała nadmorska lokacja, urozmaicona klifem z wydrążonymi w skale tunelami oraz kilkoma portowymi budynkami z obowiązkowym pomostem, na którym leżała snajperka rosyjskiej produkcji.

Vietcong 7

Uwielbiam wracać do tej gry. Przeszedłem ją zapewne już z pięć razy. Przed napisaniem tej recenzji przypomniałem sobie tego szpila, tym razem wybierając najwyższy poziom trudności z opcją NO HUD, znaną w trybie wieloosobowym także pod nazwą „Vietnam Mode”. Łatwo nie było, niektóre segmenty powtarzałem kilkadziesiąt razy. Niemniej, gra nadal sprawiała mi tyle frajdy co dwadzieścia lat temu. Kolejne śmierci niekoniecznie irytowały, a jedynie zachęcały do kolejnych prób przedarcia się przez oddziały wroga. Ograniczona ilość zapisów gry doskonale ukracała granie na pałę i nadużywanie klawiszy F5 i F7. Prawdę mówiąc, żaden tytuł z gatunku amerykański żołnierz strzela nigdy już mnie tak nie wkręcił w tryb rozgrywki jednoosobowej. Najbliżej tego odczucia był odświeżony DOOM, którego dostałem gratis do komputera złożonego na studiach. Serdecznie polecam tę pozycję każdemu, kto czuje obecnie znudzenie i posuchę w rodzaju strzelanin pierwszoosobowych. Choć Vietcong nie wnosi za dużo nowego, to co robi, robi wspaniale. Ekipa z czeskiego Pterodon spisała się na medal. Bo tak, choć dość często powtarza się, że to gra twórców Mafii, należy jednak pamiętać, że rola Illusion Softworks ograniczała się jedynie do wsparcia ekipy. Nie, żebym im umniejszał, co nie. Idźcie i zagrajcie w to wszyscy.

- jakbu