29 Mar 2023

Para Para Kira

Paradise Killer

Odłożywszy tymczasowo retrogranie, sięgam pod pada od ostatniej konsoli Microsoftu, Xboxa serii X. Konto załadowane do gry przez sieć umożliwia mi skorzystanie z dobrodziejstw biblioteki Game Pass. O, zakładka z grami, które za niedługo zostaną usunięte na stałe z usługi. Brzmi jak konkretny motywator do wzięcia się za intensywne granie w nowsze produkcje. L4, zwolnienie lekarskie, dodatkowym czynnikiem umożliwiającym poważne granie na burzliwe czasy. Przykro mi Silent Hillu, musisz poczekać. Spośród blisko tuzina gier w moje oko wpadają dwie: marvelowscy Strażnicy galaktyki oraz Paradise Killer. Szybkie sprawdzenie dostępności fizycznych nośników dla obu tych pozycji daje natychmiastowy werdykt. Cyfra przodem, pudło poczeka. Może kiedyś, w niskiej cenie, metodą zakupu z drugiej ręki, wpadnie na półkę, a następnie do czytnika konsoli. Choć biorąc pod uwagę nagromadzenie wszelkich premier oraz ciągłą chęć poszerzania retrozbiorów, to prędzej zatrzyma się na etapie półki. I poczeka tam do czasów emerytury, chyba, że wygrana na loterii wpadnie przed sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Tego sobie życzę, życzcie mi i wy.

Paradise Killer - lokacja startowa

Pierwszy kontakt z Paradise Killer bywa mylący. Wszelkie materiały reklamowe sugerują nam tytuł z gatunku visual novel (jak ja nie lubię braku polskiej nomenklatury!), a tutaj po przejściu przez podstawowe menusy, tj. obowiązkowe odwrócenie osi Y oraz włączenie zawartości dla pełnoletniego gracza (zupełnie nie wiem co to zmieniło!), ukazuje się nam gra z perspektywy pierwszej osoby, której będzie bliżej do symulatorów chodzenia, wszakże okazuje się, iż eksploracja jest jedną z najmocniejszych stron pozycji. Niemniej nie wybiegajmy w przyszłość i wróćmy do podstaw. Opiszmy w jakiej sytuacji znajduje się nasza bohaterka, Lady Love Killer. Trzy miliony lat wygnania niespodziewanie są przerwane. W naszej luksusowej wilii pojawia się demon szybko zyskujący ksywę Shinji i informuje nas o sytuacji pod nami. Pod nami, gdyż nasza hacjenda umieszczona jest wysoko nad cudną wyspą. Na dole był przypał, najważniejsi ludzie na archipelagu wykitowali. Znaczy nie sami z siebie, zostali zarżnięci podczas spotkania kończącego żywot aktualnej wyspy. A, no. Cudne wyspy co jakiś czas się zmieniają, jesteśmy na jej dwudziestej czwartej iteracji. Następna ma być perfekcyjna. Wyspy istnieją, gdyż syndykat z radą na czele próbują wskrzesić jakichś bogów. My też kiedyś byliśmy ważnymi członkami wyspy, lecz skończyliśmy na wygnaniu, ponieważ jeden z tych bogów nas uwiódł, wykorzystał do niecnych celów i wyrok zapadł na nas. Wyspiarskie prawo nie uwzględnia żadnego działania w afekcie czy innych nowożytnych wymysłów. Na wyspie też są zwykli ludzie. To znaczy byli, zostali już zgodnie z obrządkiem uroczyście zarżnięci, gdyż wyspa się kończy. Większość ważnych członków została już przetransferowana, natomiast garstka wciąż została. Nadchodzi czas tej doskonałej wyspy numer dwadzieścia pięć. Chyba, szczerze mówiąc, nie skupiłem się za bardzo na tak wczesnym etapie gry, kurwica. Wiecie jak jest. Niemniej, postać nasza łapie swojego laptoka, przechodzi szybki wstęp do łamania zabezpieczeń wizualnych pod postacią prostych obrazków niczym captcha (czy jestem człowiekiem nadal?) i skacze. Na wyspie nie istnieją obrażenia od upadku. Krótki lot i zaczynamy zabawę. Krótka rozmowa ze starą przyjaciółką Lydią Day Break, zajmującą się transportem ludzi między wyspami, krótka przejażdżka (przelot?) na ląd i śmigamy już sami.

Paradise Killer - znajdźka

No dobra, jeszcze nie poginamy wokół wyspy na własną rękę. Sędzia informuje nas o sytuacji na wyspie, daje nam znać o oficjalnej wersji zdarzeń, podrzuca potencjalne tropy, poszlaki, a nawet cynk o możliwej dodatkowej zbrodni, gdyż niejaki K. HX zaginął. Jak stwierdzimy, że wszystko już wiemy to mamy do niej wrócić, rozpocząć proces sądowy, w jego biegu przedstawić dowody, poczekać na wyrok i własnoręcznie go wykonać, bowiem czeka na nas nasz stary przyjaciel pod postacią niezawodnej spluwy. Jak jesteś kurwa sprytny i szczwany niczym najbardziej rudy lis, możesz od razu wrócić, uznać, że jesteś gotów, przyjąć oficjalną wersję zdarzeń i zakończyć grę. Bo to od Ciebie zależy, kiedy zabawa się kończy. Faktów jest wiele, a słuszną prawdę tworzysz Ty w oparciu o to, co zdoła Ci się zgromadzić. Sterowanie jest proste. Rozgrywka troszkę mniej, choć zależy od Twej determinacji. Chodzisz, sprintujesz, hopsiasz, zapalasz latarkę, obsługujesz kąkuterek, podnosisz przedmioty, rozmawiasz z ludźmi. Z dużym naciskiem na hopsianie, zbieractwo i pogaduchy. Laptok jest potężnym urządzeniem w tej grze. Zapisuje nasz postęp jeżeli chodzi o poszlaki, trzyma w ryzach wszelkie dane oraz przedmioty, które zgromadzimy, pomaga we wcześniej wspomnianym hakowaniu.

Paradise Killer - miasto

Eksploracja. Przytrzymałem guzior rozszerzonej rzeczywistości, spojrzałem jak daleko mam do poszczególnych postaci i poszedłem w zupełnie przeciwną stronę. Wyjebane. Szybko mi się to zwróciło, gdyż znalazłem sporo wewnętrznej waluty w grze, mianowicie kryształy krwi. Tak, w grze płacisz krwią. Wydajesz ją na dostęp do telefonów, jałmużnę dla bogów, podróżowanie furą, wyciąganie informacje czy korzystanie ze st00pkomyjek. Telefony dają nam możliwość zapisu gry, odblokowują punkt podróży oraz skórkę do laptoka (tak, można go personalizować, a wyglądów do odblokowania jest kilkadziesiąt, Winamp style!). St00pkomyjki rozwijają wachlarz umiejętności naszej postaci. Prawdę mówiąc, srogo mnie to zaskoczyło, gdyż na początku myślałem, że wywaliłem po prostu kwit w błoto. A tu siup, niczym Mario odblokował mi się podwójny skok. Wanien jest więcej, lecz pozwolę sobie nie zdradzać wam pozostałych umiejek. Eksploracja i nasłuch oddają. Ukryte przedmioty brzęczą i szumią. Kryształy krwi, przedmioty, przełączniki, pierdolniki, whisky. Zachęcają do zaglądania w najbardziej podejrzane zakamarki. Jak za dzieciaka w gierkach próbowaliście wchodzić w najdziwniejsze miejsca czy jak bratankowstwo Oskiera zaglądaliście przez okna w Forzie Horizon to tutaj będziecie czuć się jak w niebie. Zaczynasz od prostego skakania przez płoty czy balkony, by później wspinać się po pagórkach czy dachach. Wciągnęło mnie to totalnie. Przez pierwsze kilka godzin rozgrywki po prostu zwiedzałem i uczyłem się układu wyspy. Rozmowy z postaciami zeszły na drugi, a może nawet i trzeci plan. Goniłem za dostrzegalnymi w oddali przedmiotami, podążałem słuchem za szumami. Ale to było miodne. Takie proste, a takie wynagradzające. W pozycjach internetowych dostalibyście bana za szwędanie się po wyglądających na niedostępne krawędziach budynków. Tutaj możecie znaleźć istotny przedmiot. Brakowało mi tego w grach.

Paradise Killer - postać

Jednakże nie samą wędrówką człowiek żyje. Mamy sprawę do rozwiązania, właściwie dwie. Oficjalna wersja zdarzeń jest następująca: opętany więzień Henry Division wymknął się w trakcie transferu na egzekucję, jakimś cudem złamał poczwórne zabezpieczenia w budynku syndykatu i wyrżnął całą radę wyspy. Czy uwierzysz w zeznania strażniczki Grand Marshal Akiko 14? Niby ma to wszystko ręce i nogi, trzyma się kupy, jednak w podejrzany sposób Akiko oraz niektórzy z mieszkańców wyspy naciskają na szybkie zakończenie sprawy, jakoby to była jedyna prawda. Mnie Akiko nie kupiła. Ba, nawet zacząłem trochę współczuć więźniowi, z racji tego, iż podobnie jak my został osądzony wcześniej za czyny, na które niekoniecznie miał bezpośredni wpływ. Mianowicie, Henry pod wpływem opętania zabił swoją matkę, Rinę oraz egzorcystkę, Grace Bloodlines. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja. Fabularnie więcej wam nie zdradzę, niemniej intryga jest wielowątkowa i będzie od nas wymagać przeczesywania wyspy za poszlakami, dysput z postaciami czy rozwiązywania prostych zagadek logicznych. Z ludźmi natomiast można też po prostu nawiązywać (lub odbudowywać liczącą miliony lat) przyjaźń, rozmawiając na szerokie spektrum tematów. Z niektórymi można flirtować, poprowadzimy też filozoficzne rozmowy, a i nawet podysputujemy o wierze. A jest z kim rozmawiać, na przykład szkieletorem prowadzącym własny bar na każdej z wysp. Kiedyś był najemnikiem, czasem zaserwuje nam jakieś nawiązanie do starych czasów. I tak spędzimy najbliższe kilkanaście godzin zabawy. Zabawy w klimacie vaporwave oraz aesthetics. Wiecie, marmurowa biel, funkujące nutki, tutaj odgrywane z rozmieszczonych po mapie szczekaczek na kasety magnetofonowe, wszechobecne posągi i popiersia. Surowość grafiki, balansująca na skraju tandety, kiczu i niezaimplementowanych fioletowych tekstur. Jest trochę w tym niedojebek, jak niespasowana geometria, jednak warto przymknąć oko. Do tego charakterystyczny dizajn postaci ze swoistym pazurem: półnagie torsy, obfite biusty, modyfikacje ciała. Komponuje się to idealnie z otoczeniem. Ja się wkręciłem w tę zabawę po sam korek i prawdopodobnie znalazłem wszystko co gra miała do zaoferowania, zdobywając wszystkie osiągnięcia. Serdecznie polecam, bo pomimo prostoty, jest to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.

- jakbu

Wrzutka

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że największą zasługę za ten tekścik, jak i za ogranie Paradise Killer, otrzymuje autor głównego artykułu – jakbu. Dzięki wielkie za „polecajkę” i motywację, bez tego, prawdopodobnie wszystko to przeszłoby mi koło nosa.

Na co nie mógłbym sobie pozwolić. Jako wierny fan gier detektywistycznych oraz fabularnych, a także jako człowiek, który uwielbia wykorzystywać mechanikę poruszania się, by dostawać się do miejsc na pierwszy rzut oka niedostępnych. Muszę przyznać, że gra odhaczyła wszystkie rzeczy z tej listy. Aczkolwiek niespodziewanie, ponieważ nie byłem przygotowany na tak frywolne trawersowanie całej wyspy, zarówno w poziomie jak i w pionie.

Wszedłem tam z nadzieją na dobre, długie czytanie i główkowanie „to który, kurwa, jest synem kogo?”, a wyszedłem przepełniony wibracjami synthwave, poczuciem wolności i skotłowany odkrytą intrygą. Zdobywając wszystkie osiągnięcia, sumarycznie w grze spędziłem wspaniałe 15 godzin. Pierwszą połowę tego czasu poświęciłem na zbieranie „znajdziek”, które akurat się napatoczyły – co często kończyło się wchodzeniem we wszystkie możliwe zakamarki i jest to coś, co mnie niesamowicie urzekło. Potem uznałem jednak, że może dobrze byłoby wrócić do tego, co tak właściwie miałem tam głównie zrobić, czyli do zbierania dowodów i przepytywania NPC, w końcu jestem detektywem.

Niestety, tak jak pokochałem możliwości jakie dawał graczowi rozwój postaci – jest bowiem kilka ulepszeń, które pomagają w grze – oraz surowy, ale i niesamowicie satysfakcjonujący sposób poruszania się, tak zupełnie nie potrafiłem skupić się na warstwie fabularnej. Była ona dla mnie strasznie obszerna, wręcz przytłaczała ilością informacji jaką dostawaliśmy do przetworzenia. Nawet pomimo tego, że wszystko było spisywane w naszym poręcznym komputerku, to moje pojęcie o tym, co tam właściwie finalnie zaszło i jaki był przebieg wydarzeń przypominało bardziej lizanie czubka góry lodowej. Dlatego również zakończenie, gdzie wymierzaliśmy własnoręcznie sprawiedliwość, było dla mnie trudne do przetrawienia, bo nie przywykłem do tego, że może być wiele prawd i wniosków.

Niemniej jednak, nawet mętlik w głowie nie przysłonił moich dobrych wrażeń z gry i gdybym tylko mógł, ograłbym kolejną część przygód Lady Love Dies.

- Kedzar