8 Wrz 2026
A miała być utopiaMetaphor: ReFantazio
メタファー:リファンタジオ
Od jakiegoś czasu nadrabiam sobie powoli japońskie gry fabularne, zapoznaję się z tym co mają do zaoferowania Square Enix czy SEGA. Chodzi za mną również seria Persona, choć zawsze trochę cykałem się ją odpalać ze względu na okropnie długi czas rozgrywki oraz kalendarzowy tryb gry. Odsłonięcie Metaphor: ReFantazio na pokazie gier Xboxa idealnie wstrzeliło się czasowo w moje JRPG-owe wojaże i zainteresowało od pierwszego zwiastuna pod finalną nazwą pozycji. Zostało wtedy postanowione: to będzie start przygody ze stajnią Atlus. Ostatecznie uważam to za błąd, ale historii nie cofniemy, rewizjonizm historyczny zostawmy Japończykom w świątyni Yasukuni, gdzie wybielają swój udział w II wojnie światowej na wszelkie możliwe sposoby.
Zanim kontynuujemy narzekanie na Metaphor: ReFantazio przydałoby się zarysować jakkolwiek fabułę gry. W dużym skrócie: król został zamordowany, a następca tronu ukrywany jest z racji ciążącej nad nim klątwy. Po śmierci władca pojawia się na niebie niczym księżyc w Majora’s Mask i zarządza turniej o władzę nad zjednoczonymi królestwami. My standardowo dla gier japońskich gier fabularnych wcielamy w pizdusia, który dla odmiany nie ma amnezji, ale wziął się znikąd. Na start wiemy o nim dwie rzeczy: jest ziomkiem księcia, syna denata, oraz przedstawicielem najbardziej prześladowanej rasy na świecie, charakteryzującej się heterochromią, to jest różnym kolorem tęczówek. Za cel obieramy sobie pokonanie Louisa, którego podejrzewamy o czarnoksięstwo i zamach stanu. Najprostszą drogą będzie dojechać go w wyborach!
Ten powyższy krótki opis gra przedstawia w kilkugodzinnym epilogu, pełnym zbędnych dialogów i wprowadzeń. Rozwleczenie fabuły to jeden z głównych problemów tej superprodukcji Atlusa. Większość rozmów między postaciami jest nienaturalnie długa i rozwleczona w czasie, to samo można stwierdzić o misjach oraz lochach. Rozumiem, że trzeba jakoś wypełnić czas gracza, ale tutaj twórcy popadli w skrajność. Sądzę, że bezproblemowo można by było skrócić czas gry o połowę i odbiłoby się to pozytywnie w ogólnym rozrachunku. Wszakże liczy się jakość, nie ilość. Na szczególne wyróżnienie w kategorii przedłużaczy zasługuje ostatnia lokacja, gdzie uznano, że w momencie, w którym człowiek czuje już zmęczenie materiałem po kilkudziesięciu godzinach rozgrywki koniecznie trzeba wrzucić do ponownego pokonania wszystkich bossów ze wcześniejszych etapów, nim dotrze się do finalnego oponenta.
Końcowa miejscówka w grze jest ogromną pomyłką. Twórcy uznali, że można dotrzeć do tego miejsca zbyt słabą drużyną, więc specjalnie na potrzeby tej planszy umożliwili darmowe odnawianie punktów many w nieskończoność, o ile wrócimy się na jej początek. Ja na tym etapie miałem już dość wczytywania się w kurewsko długie dialogi i jakoś pominąłem tę informację. Wydaje mi się, że mogła być ona udzielana w opcjonalnej rozmowie z kapitanem pojazdu naszej ekipy, ale cóż. Skoro już autorzy dodali takie ogromne ułatwienie dla graczy, no to trzeba je jakoś zbalansować. Dla równowagi ostatni przeciwnik w grze został przeskurwielem nad przeskurwiele. Podchodziłem do tego bydlaka wielokrotnie, oczywiście nie korzystając z socjalnych zasiłków many, a ostrożnie dbając o swoje prywatne zasoby. Niestety, za każdym razem moja przygoda kończyła się w momencie, gdy szefito odpalał którąś ze swoich końcowych faz, cechujących się serią ataków dłuższą niż niektóre dialogi w grze. W tym momencie rozgrywki musiałem zniżyć poziom trudności o dwa oczka, z normalnego, na najniższy dostępny, stworzony dla ludzi którzy chcą bezproblemowo poznać historię zawartą w tym dziele. Tak, nawet na łatwym zostałem dojechany jak szmata, choć przez całą rozgrywkę pominąłem góra dwie misje dodatkowe, liżąc ściany wszystkich lochów w poszukiwaniu najlepszego ekwipunku, szlifując umiejętności każdego członka drużyny.
Skoro upuściłem już trochę złej krwi, czas na peany. Metaphor: ReFantazio ma jedne z najlepszych mechanik, jeżeli chodzi o ułatwianie życia graczom. Edytować archetypy oraz umiejętności członków naszej drużyny możemy w dowolnym miejscu, o ile nie jesteśmy w trakcie walki. Nie musimy przemieszczać się, jak w niektórych grach, do specjalnych punktów na mapie by zresetować swoje statystyki czy oduczyć się jakichś czarów by wybrać inne. Jeżeli w trakcie walki pomylimy się i przypadkowo użyjemy błędnych umiejętności, gra posiada dedykowany przycisk do resetowania potyczek. Dzięki temu można łatwo i szybko poznać słabe i mocne strony potworów. Doskonałe rozwiązanie, z drobnym minusem: z walki nie zawsze da się szybko wyjść, by dostosować klasy postaci. Inną ciekawą opcją jest możliwość podejrzenia, co inni gracze robili na danym etapie gry, jak komponowali skład swoich drużyn oraz jak wysokie poziomy miały ich postaci. Bardzo ciekawe rozwiązanie pozwalające ocenić, czy jesteśmy odpowiednio dopakowani na konkretną misję, a w razie problemów z przeciwnikami, można zainspirować się rozkładem mocy. Podobała mi się również możliwość kupowania podpowiedzi dotyczących potworów w danych lokacjach w okolicznych tawernach. Zawsze korzystałem z tej opcji, gdy tylko była dostępna.
Ogromna szkoda, że pomimo tylu mechanik umilających rozgrywkę, nie udało się uratować tej pozycji. W ostatecznym rozrachunku, Metaphor: ReFantazio uważam za szpil, który może zadowolić jedynie wieloletnich fanów serii Shin Megami Tensei i odbywania tysięcy walk wymaganych do ukończenia gry, aniżeli bardziej niedzielnych graczy JRPG, spod gwiazdy Persony 5. Choć pomiędzy przydługim wstępem i również takowym zakończeniu zazwyczaj bawiłem się bardzo dobrze, główkując kogo potrzebuję mieć w drużynie, by przetrwać noc, ciężko mi polecić tę grę komukolwiek. Twórcy zdecydowanie powinni byli przyciąć sporą część materiału na stole montażowym przed publikacją, by nie zanudzić graczy.