29 Cze 2019

Zapchajdziury
  • Publicystyka

W przeszłości mieliśmy krótkie gry, które starczały nam na tygodnie czy miesiące rozgrywki. Twórcy sztucznie je wydłużali wprowadzając wysoki poziom trudności, limitując naszą liczbę żyć czy kontynuacji oraz wstawiając etapy, które były niemożliwe do przejścia za pierwszym podejściem. Metoda ta znana już z czasów automatów była podyktowane zwyczajnie chęcią zarobku – za pełną cenę nowej gry nikt nie chciał przecież kupić tytułu, który można realnie ukończyć w trzydzieści minut. Problem długości jednak nadal występuje, niektóre tytuły nastawione na rozgrywkę wieloosobową, przykładowo Call of Duty, próbują nam wciskać zalążki fabuły pod postacią krótkich, kilkugodzinnych kampanii, co może być dobrym wprowadzeniem dla nowych graczy. Dla starych wyjadaczy to może być jednak niewystarczające, biorąc pod uwagę wcześniejsze produkcje jak Medal of Honor: Allied Assault, czy inne strzelaniny z tamtych lat. Dlatego teraz coraz częściej dostajemy zapchajdziury. Z czym to się je?

Zapchajdziury: znajdźki, minigierki, konieczność powrotu do poprzednich lokacji, czasochłonne czynności spowalniające rozgrywkę, aktywności poboczne, misje typu „idź tam, znajdź to, przynieś mi z powrotem lub tamtemu gościowi wioskę dalej”. Zazwyczaj sobie myślisz – spoko, więcej gry dla mnie, fajnie spędzić sobie dodatkowo czas w świecie, który Ciebie jara w tym momencie. Siadłem jednak ostatnio do Yakuzy 0 i przytłoczyła mnie ilość czynności jakich mogłem się tam podjąć, w szczególności w dalszych partiach gry. Grę zakupiłem w lutym, ukończyłem dopiero w czerwcu. Włączył mi się tryb masterowania wszystkiego więc gdy zrozumiałem, że nie uda mi się scalakować tej gry po prostu przestałem w nią grać. Po jakimś czasie motywacja wróciła, założyłem sobie klapki na oczy jak dla koni, ominąłem wszystko co nie było związane z główną fabułą i przeszedłem tytuł. Chociaż to dobra gra, od razu ją po tym odinstalowałem. Co nie zagrało? Po pierwsze, żmudne, powtarzalne walki. Ja rozumiem, że pranie się po mordach jest podstawą tej gry, ale kiedy Twoja lista ciosów w pewnym momencie przestaje się powiększać, a Ty zauważasz, że tylko dwa ciosy warto używać. Wstawianie wtedy co rusz większej liczby przeciwników wcale nie jest dobrym rozwiązaniem. Tak, jak i upychanie losowych walk z gangolami. Na szczęście, te można później pomijać, kosztem wyrzucanych na jezdnię pieniędzy.

Przechodząc dalej: by dotrzeć do misji pobocznej najpierw trzeba znaleźć na mapie odpowiednią osobę. Dostępne są one tylko w określonych rozdziałach gry, więc jeżeli nie przejdziemy całej lokacji wzdłuż i wszerz, możemy pominąć którąś ze śmiesznych historyjek. Dopiero w okolicach połowy gry możemy odblokować gadżet, który wyświetla nam na planie świata gry lokalizację ludzi od dodatkowych aktywności. Z jednej strony jest to pomysł całkiem uzasadniony, z drugiej jednak wydłuża nam to znacznie rozgrywkę, gdy co rozdział musimy przejść po każdej uliczce dzielnicy Tokio czy Osaki, by niczego nie pominąć. Już nawet GTA IV czy Sleeping Dogs rozwiązały to lepiej, gdyż nie byliśmy zmuszani czasowo, by odszukać danego człowieka. Ale lepiej, wcale nie znaczy dobrze, jak dla mnie jest to nadal słabe rozwiązanie.

Następnie: system zarządzania nieruchomościami czy szukania broni. Kto wpadł na ten chory pomysł, nie mam pojęcia. Jednak najpierw wytłumaczmy schemat działania systemu, dla osób które nie grały. Wcielając się w jednego z głównych bohaterów, Kiryu Kazumę, w dalszym etapie gry odblokowujemy możliwość walki z Piątką Miliarderów, którzy zarządzają określoną grupą przybytków w pięciu rejonach Kamurocho. Potyczki z nimi wyglądają następująco: kupujemy nieruchomość w danym dystrykcie, ustalamy którzy z naszych podwładnych mają nią zarządzać oraz chronić, czekamy chwilkę wychodząc z naszego biura, wracamy i pobieramy zyski. Powtórz kilkaset razy. Serio. W międzyczasie co prawda musimy raz na jakiś czas zawalczyć z chłopkami, którzy zaczynają robić burdę w naszym rejonie, ale kurwa bez przesady. Idealną opcją byłaby możliwość zdalnego zarządzania podczas gdy my przykładowo sobie gramy w koi-koi czy mahjonga. Ale nie, po co? Sytuacja wygląda analogicznie z szukaniem broni za pośrednictwem chińskiego koleżki z restauracji. Wspomnę tutaj jeszcze od tonie okienek dialogowych, przez które musimy się przeklikać, by cokolwiek zrobić. Typowe dla japońskich gier, lecz dla mnie niezrozumiałe.

Starczy tego narzekanka na Yakuzę, nie zrozumcie mnie źle, to naprawdę dobra gra, tylko ma dużo mankamentów, które z czasem zaczynają po prostu irytować. W szczególności, że niektóre są z serią już od pierwszej części, która wyszła czternaście lat temu. Tak, czternaście lat temu. Chociaż pozbyli się tego głupiego systemu ze zbieraniem kluczy do skrytek podczas misji oraz szwędania się po Kamurocho. Skupmy się teraz na ukochanych przez wielu znajdźkach, które zalały swego czasu całą branżę gier wideo. Cała serie Assassin’s Creed, Just Cause, Infamous czy chociażby The Saboteur – pobocznych rzeczy do zebrania czy wysadzenia mamy tam setki, jak nie tysiące. W tej ostatniej grze do zdobycia pucharków potrzeba nam wykonania jedynie 1338 pobocznych aktywności. Czyli dostajemy właściwie drugą grę, po ukończeniu głównego wątku. Tak jak w The Saboteur było to bardzo rozrywkowe, tak w Infamous wyszukiwanie lokacji z piorunami i wspinanie się na budynki (czasem kilka minut) uznałem za katorgę i szybko odpuściłem. Jeżeli mechanika Twojej gry jest na tyle rozbudowana czy po prostu przyjemna to znajdźki są jak najbardziej spoko, często jednak jest na odwrót.

Resztę „smaczków” zostawmy sobie na następny raz, co za dużo to niezdrowo. Czas odpocząć od dużych produkcji na chwilę i wrócić do świata gier niezależnych, które nie mają problemu z tym, że są krótkie. Ważna jest rozgrywka, gdy ta nie zawodzi, chętnie przejdę grę jeszcze raz. Albo dwa. Lub dziesięć, masterując wyniki.

- jakbu