1 Wrz 2017

Zagrożony gatunek kanapowej gry
  • Publicystyka

Gra wieloosobowa towarzyszy nam od samego początku tego przemysłu. Już pierwsza komercyjna konsola, Magnavox Odyssey, była sprzedawana w zestawie z dwoma kontrolerami, by móc rozegrać partię w tenisa czy hokeja z drugą osobą. Przez wiele lat lokalny tryb multiplayer był rzeczą pożądaną przez wszystkich graczy, wręcz wymaganą przy hitach. Czymże byłaby Contra czy Battle City (czyli nasze „Tanki”), gdyby nie możliwość współpracy z rodzeństwem? Czy Tekken dawałby tyle frajdy, gdybyśmy mogli skopać wirtualne tyłki jedynie komputerowi? Wiadomo, w przypadku niektórych gatunków tak nie było. Ale prawilnie przypominam, że nawet w Grand Theft Auto: San Andreas dało się grać w dwie osoby. Co się więc stało, że ostoją „gatunku” są teraz gry sportowe? Czy na pewno nie ma nowych gier, próbujących wypełnić lukę?

Po części zwalę winę na Internet. Poziom dostępności tej usługi, jak i przyzwoitych prędkości w końcu pozwala nam na wygodną grę nawet w wymagające natychmiastowej reakcji bijatyki. Oczywiście, sama powszechność tego serwisu nie jest jedynym czynnikiem. Ponieważ twórcy nie muszą już ograniczać się do jednego ekranu, wiele z gatunków takich jak strzelaniny, bądź różne warianty RPG-ów przeniosły się bezpowrotnie na grę sieciową. Plusy takiego rozwiązania chyba są od razu widoczne, przede wszystkim zwiększa się wygoda, nikt nie oszukuje patrząc na pozycję rywala w okienku obok lub nikt nikogo nie blokuje swoją ślamazarnością, bądź chęcią lizania ścian w poszukiwaniu sekretów schowanych przez twórców. Ile razy kiedyś mieliśmy problem z blokadą chodzenia, bo nasz partner w rozgrywce usilnie starał się po coś powrócić, podczas gdy my chcieliśmy nacierać do przodu. Owszem, w grach kooperatywnych zmniejsza to czynnik koleżeński, gdyż możemy usłyszeć naszego kompana jedynie w słuchawce. Nie możemy z nim zbić piony za dobrą akcję, zdzielić karczycho za spowodowanie naszej śmierci, czy pokazać dokładnie jak wykonać jakąś sztuczkę. No cóż, coś za coś.

Drugim powodem jest też ogólna przemiana stron w „ekosystemie” growym. Kiedyś popularne erkejdówki czy mordoklepki trafiły do niszy, a przecież to one królowały jako kanapowe (i automatowe) produkcje. Przejście w kinowość i fabułę w najnowszych tytułach zdecydowanie zabiło możliwości stworzenia grywalnego trybu multi. Racja, czasami takie tytuły dostają dobry wariant wieloosobowy (patrz: Uncharted: Pośród złodziei), ale zazwyczaj jest on prowadzony tylko i wyłącznie przez sieć. Wielka szkoda, bo chcąc przejść jakąkolwiek grę razem z drugą połówką, trzeba uciekać do rozwiązań Nintendo, gdyż reszta wydawców kompletnie olała temat lokalnej gry. Z jednej strony jest to dobre rozwiązanie, ze względu na klimat produkcji tejże firmy, ale ile można wałkować kolejną część Yoshiego czy Kirby’ego. Czy naprawdę prawdziwym i słusznym wyjściem jest zakup drugiej konsoli i telewizora? Widziałem zdjęcia z takimi przypadkami, ale jak dla mnie, jest to rozwiązanie bardzo ekstremalne.

Wróćmy na chwilę do tych gier sportowych. Nie dość, że królują jako typowe gry do popykania z kumplami w domu, to jeszcze zajmują to samo zaszczytne pierwsze miejsce w barach. No z jednej strony jest spoko, bo wiadomo, piłka i piwo doskonale się łączą, ale z drugiej strony, osoby, które nie trawią tego rodzaju rozgrywki będą zawiedzeni. Poza FIF-ą, bo Pro Evolution Soccer nie uświadczymy w takich miejscach, możemy jeszcze natknąć się na bijatyki, jak na przykład Street Fighter. Jeśli miejscówka, w której przesiadujemy, ma trochę większe aspiracje, to na pewno będzie tam stać Kinect wraz z którąś z odsłon Just Dance, bądź pełen zestaw do gry w Guitar Hero. No i na tym koniec. Dobra, raz z Oskierem udało nam się zagrać w Diablo 3, ale ta gra jest za długa, by przejść ją całą na jednym posiedzeniu w pijalni browców. Gdzie są typowe gry imprezowe? Czemu zazwyczaj w takich przybytkach nie ma Wii z czteroma kontrolerami? Nie mam zielonego pojęcia! Tak samo dziwi mnie brak obecności automatów z grami „idź w prawo, obij mordę każdemu”. No przecież to jest frajda nawet, gdy przechodzisz dany tytuł któryś raz ze swoim kumplem, bo zawsze możesz wyśrubować swój wynik na tabeli rekordów, a potem chwalić się pośród ludzi w barze, że Twoja trzyliterowa ksywka na szczycie to naprawdę Ty. I śmiać się z kumpla, bo przez swoją nieudolną grę musiał wrzucić następny żeton i zresetować wynik.

A co się dzieje aktualnie pod naszymi strzechami (poza piłką kopaną)? Z dużych tytułów to mamy strzelanki. W trybie kooperacyjnym powalczymy z locustami w Gears of War, zwanymi często szarańczą. Możemy również strzelać na planecie Pandora w którejś z odsłon serii Borderlands. A, no i jeszcze istnieje tryb Zombie w Call of Duty. Na tym koniec. Na szczęście, rzadkie, bądź zapomniane gatunki są celem twórców niezależnych. Zaczynając od kooperacyjnych gier, chwalmy Hopoo Games za stworzenie wyśmienitego Risk of Rain. Kto ostatnio z was widział platformówkę 2D, która równocześnie ma sporo elementów rogalików? Będąc kosmicznym kurierem, Twój statek się rozbija. Musisz go odszukać teleportując się miedzy światami, które otwierają się po zabiciu określonej liczby wrogów. Jednakże, im dłużej grasz, tym odpala się coraz wyższy poziom trudności. I stajesz przed wyborem: na szybko i prościej, czy wolniej, trudniej, ale z przedmiotami? Oczywiście, z możliwością gry w cztery osoby. Niezależnie czy po drugiej stronie kabla czy obok na kanapie. Spędziłem z tym tytułem kilkanaście godzin i wciąż lubię do niego wracać ze znajomymi, jako odskocznia od „poważniejszych” gier. Natomiast jeśli chcesz zasmakować prawdziwej wścibskości pośród swoich znajomych, odpal Screencheat. To klasyczna strzelanka z podziałem na cztery okna, oferująca różne tryby gry, w tym standardowy deathmatch. Lecz cały myk polega na tym, że nasze postacie są niewidzialne. Tak więc, aby kogoś uśmiercić musimy równocześnie spoglądać na ekrany naszych rywali. No i przeżyć, bo skąd inaczej będziesz wiedział kto w Ciebie celuje? A co jeśli masz ochotę na typową grę imprezową? Upewnij się, że każdy z graczy ma telefon komórkowy z dostępem do Internetu, bo w tym tytule smartfony zamieniają się w super-kontrolery, rodem z Millionerów. Następnie włącz The Jackbox Party Pack, pakiet pięciu gier, na które składają się wariacje quizów, tj. zwariowany teleturniej z różnymi konkurencjami, 50 odcinków do wyboru; wyszukiwanie fałszywych ciekawostek; uzupełnianie luki w ciekawostce, tak by strollować jak najwięcej towarzyszy, a samemu znaleźć prawidłową odpowiedź. Nie mogło zabraknąć również kalamburów, w również w wydaniu „zrób innych w konia”. Na koniec mini-gra w stylu skojarzeń, ale to chyba najsłabszy punkt programu. Oczywiście wszystko w dosyć dzikim humorze, pytań z „1 z 10” tam nie oczekuj, bardziej ciekawostek o których można przeczytać w Internecie, gdy robi się cokolwiek zamiast uczyć do egzaminów. Jeszcze jedno, znajomość angielskiego wymagana.

Kanapowe gierczenie jeszcze żyje. Co prawda, ledwo zipie, ale na bezrybiu i rak ryba. Chęć na wspólne granie ze znajomymi wcale nie musi oznaczać kolejnego meczu w FIF-ę, bądź okładania sobie twarzy w Mortal Kombat. Też nie musi sprowadzać się do odkopywania Dreamcasta czy Nintendo 64 z piwnicy, by pograć w sensowne tytuły na więcej niż dwie osoby. Gry, o których wspomniałem to jedynie zalążek tego, co się aktualnie ukazuje na rynku. Fakt, nie są to tak topowe produkcje jak seria Buzz! albo Mario Party, ale sądzę, że daję tyle samo, bądź nawet więcej frajdy. Żal mi jedynie tych beat ‘em up’ów, które wydają się być gatunkiem umarłym. Spoczywajcie w pokoju, moje biedne cadillaki i dinozaury. I tak was przejdę wspólnie z kumplem jeszcze nie jeden raz.

PS: Ten artykuł nie powstałby bez moich znajomych, z którymi miałem nie jedną okazję pograć na jednej kanapie. Chwała wam!

- jakbu