13 Maj 2019

Raz a dobrze
  • Publicystyka

Wychowany głównie na grach, które nie posiadały alternatywnych ścieżek fabularnych oraz tych typowo multiplayerowych, w których fabuła praktycznie nie istniała, mam problemy ze zrozumieniem potrzeby ponownego przechodzenia przed chwilą ukończonego tytułu.

Najlepszym przykładem jest tutaj mój spór o „Doki Doki Literature Club” z moją przyjaciółką. Cała historia zaczęła się od tego, że zostałem namówiony na wystartowanie streamu na Twitchu i w przypływie chwili chwyciłem właśnie „Doki Doki Literature Club”. Słyszałem bowiem same pozytywne opinie na jej temat, komentarze na Steamie też opiewają ją jako majstersztyk, a to, że jest darmowa jeszcze dołożyło do pieca zwanego „ochotą”. Więc odpaliłem co miałem i zacząłem grać. Niestety pomimo tego, że naprawdę dobrze się bawiłem to miałem problemy z ukończeniem nawet pierwszego podejścia. Aktywności w grze mnie odrobinę nużyły i były powtarzalne do bólu, do tego brak zaangażowania gracza w visual novelkach po prostu zniechęcał mnie do kontynuowania. Ale po paru dniach, urywanych, maksymalnie dwugodzinnych streamów udało mi się to ukończyć, niestety ostatnia najważniejsza część dokończona została już offline – również przez namowę „dokończ, to zobaczysz”. Śmiem twierdzić, że zakończenie podstawowej, pierwszej historii jakoś specjalnie mnie nie poruszyło. Więc odinstalowałem tę grę.

W taki sposób przechodzę gry, czytam książki, oglądam filmy czy anime. Przeważnie raz i potem wracam do nich tylko jeśli nie mam wyboru i ktoś kto ich nie widział chce je ze mną obejrzeć, bądź okazyjnie jeśli coś mi się spodobało i akurat leci w telewizji. Winę za taki stan rzeczy ponosi moja pamięć, bo nie umiem czerpać przyjemności z oglądania czy grania w coś co już pamiętam, a powtarzane sytuacje tracą na sile jeśli wiadomo jak przebiegną.

Dlatego po oświadczeniu przyjaciołom, że odinstalowałem grę, dostało mi się po uszach. „Ominęła cię cała przygoda! Wcale tej gry nie ukończyłeś! To co jest najważniejsze dzieje się dopiero po przejściu tego dwa czy trzy razy!”.

Teraz pytanie do Was drodzy czytelnicy: Czemu gry potrzebują takiego rozwiązania? Czemu, by doświadczyć gry w pełni, trzeba ją przejść kilka razy? Czy mylę się, gdy myślę, że liczy się pierwsze wrażenie?

Nie twierdzę, że „Doki Doki Literature Club” jest grą złą. Nie twierdzę również, że wszystkie gry, które stawiają na ponowne ich przechodzenie, były czymś złym. Po prostu nie trafia do mnie koncept powtarzalności. Tak jak nie czyta się książki drugi raz, po to tylko, by zobaczyć prawdziwe zakończenie, tak samo nie ogląda się filmu licząc na to, że za n-tym podejściem reżyser ukrył prawdziwe zakończenie, a te wcześniejsze to jedynie podpucha by zaciekawić widza. Gry mają o tyle dobrze, że mogą wykorzystać więcej sztuczek będąc lepszym medium niż książka czy film. Jednak dalej śmiem twierdzić, że znacznie ciekawsze są tytuły w których fabuła biegnie jednym ciągiem i trzyma gracza wbitego w siedzenie swoją zawiłością i zwrotami akcji.

Inny argument jest też taki, że gracze to stworzenia o dość niskim poziomie cierpliwości i skupienia uwagi. Jeśli coś można skrócić, zrobią to. Jeśli coś jest za długie i nużące, zostawią to i pójdą zająć się czymś ciekawszym. Zwłaszcza jeśli przyzwyczaili się do gier, które są intensywne – patrzę na was wszelkiego rodzaju multiplayerowe strzelanki czy MOBy. I dalej pomimo to zdarzają się właśnie takie gry, które wymagają od gracza, by przeszedł je przynajmniej dwa razy. Nie wspominam nawet o tym, że wymaga to sporej ilości wolnego czasu i chęci przeżycia tego samego, jeszcze raz.

Summa summarum, jeśli kiedykolwiek będę brał udział przy tworzeniu gry to postaram się, by była to gra jednorazowa, ciężka do przełknięcia i pobudzająca myślenie. Albo kompletnie głupkowata, jednak pozostawiająca przyjemne wspomnienie i znajdująca to konkretne miejsce w serduszku gracza, by wracał do niej z rozrzewnieniem.

A dla wszystkich hardkorowców, których oburzyłem: Naprawdę jestem pełen podziwu dla waszej umiejętności grania w coś po tysiąckroć, zdobywania platyn w osiągnięciach i odblokowywania każdej możliwej drogi i dalej czerpania z tej samej gry, takiej samej przyjemności. Dla mnie, osobiście, byłaby to tortura.

- Kedzar