22 Sty 2019

Postsowiecka sieka
  • Recenzje

Devil's Third

Tomunobu Itagaki, producent znany z takich serii jak Dead or Alive czy Ninja Gaiden, postanowił połączyć najważniejsze cechy swoich gier i stworzył Devil’s Third. Grę z której brutalność oraz piersi wylewają się praktycznie z każdej strony. Dodał do tego kliszową fabułę niczym z filmów klasy B lat dziewięćdziesiątych i czekał na sukces na platformie, gdzie właśnie takich tytułów brakowało. Na bezrybiu i rak ryba, prawda? Niestety… nie. Bez dobrej rozgrywki nie da się stworzyć porządnej gry. Jak do tego doszło?

Zacznijmy jednak od krótkiego wstępu do historii zamiast od razu skupiać się na brakach. Wcielamy się w rolę Ivana, który siedzi sobie w ciupie. Wielki koksu wytatuowany na całym ciele trafił do więzienia Guantanamo za zbrodnie jakie popełnił służąc w S.O.D., terrorystycznej formacji prowadzonej przez Isaaca Kumano. Jego życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy zostaje wezwany na front przez Charles’a Carawaya, admirała marynarki Stanów Zjednoczonych. Ajwan,bo właściwie tak nazywają go wszystkie postacie w grze, staje ramię w ramię z amerykańskimi żołnierzami, walcząc przeciwko swoim dawnym kamratom. Bum, i tak powstał Chocapic – kilka misji wprowadzenia , a następnie główne danie, rzeźnia na wyspach Stary Braat i Mladshiy Braat. Nie, te nazwy to nie jest żart z mojej strony.

Rosjanin z racji bycia przechujem nad przechuje potrafi posługiwać się zarówno bronią palną, jak i bronią białą. Katana, maczeta czy młot strażacki nie są mu obce, gdy trzeba kogoś wysłać na tamten świat. Ale to nie wszystko! Ajwan może również wejść w stan Enbaku, gdzie wszystkie tatuaże na jego ciele iluminują a on sam zaczyna siekać wszystkich jak dziki. Podobno, gdyż szczerze mówiąc nie zauważyłem jakichś zmian w jego zachowaniu po włączeniu długo ładującej się dopałki. No ale chociaż fajnie wygląda.

Ale jak w to się gra? Otóż, pierwszym co musimy zrobić to wyłączyć asystę celowania. Gra z włączoną pomocą przy strzelaniu nie różni się niczym od serii Grand Theft Auto i nie ma w tym choć cienia przesady. Chowając się za przeszkodą wystarczy nacisnąć guzior od celowania by nasza muszka automatycznie poleciała na głowę najbliższego przeciwnika. Dosyć przykre, w szczególności że celowanie w tej grze jest całkiem wygodne jak na standardy konsolowe. Jeśli chodzi o nasz arsenał to również jest nieźle. Broni jest sporo, większość ma jakieś cechy charakterystyczne. Do zabawy mamy chociażby karabinki automatyczne z doczepianymi granatnikami, zwykłe automaty Kałasznikowa, wyrzutnie rakiet, miotacze ognia czy porządne karabinki maszynowe z ogromnymi magazynkami. Na liście broni znalazł się polski akcent, mianowicie Kbkm wz. 2003, którego prawdziwy odpowiednik nigdy nie wyszedł poza fazę prototypu.

No ale jakbu, wszystko brzmi nawet ciekawie, więc skąd te nieprzychylne oceny gry? Otóż… gra jest repetytywna. Korytarzowa budowa poziomów, kilkadziesiąt przeciwników na poziom, trochę twardszych pachołków do zabicia oraz boss na koniec – tak właśnie wygląda struktura każdego etapu w grze. Mordowanie zwyczajnych mośków jest nawet przyjemne ale ile w kółko można robić to samo? Amunicja rzadko się kończy, poziom wyzwania zazwyczaj jest zerowy, w szczególności gdy opanujemy sztukę turlania się po całej planszy niczym w serii Dark Souls. Może z bossami jest lepiej? Nic bardziej mylnego! Osobiście zauważyłem jakąkolwiek schematyczność w zachowaniu głównych rywali dopiero na ostatnich dwóch etapach. Przez poprzednie siedem wydają się być kompletnie chaotyczni. Stawiają co prawda duży opór ale nie są zbyt wiarygodni, gdyż czasami umieramy od ich pierwszego uderzenia. A potem znów oglądamy ekran ładowania. Myślałem, że po latach tworzenia gier ekipa ogarnęła już jak sensownie budować wyzwanie, lecz tak nie jest.

Dorzućmy do tego spadki w płynności gry, nierzadko debilne zachowanie terrorystów czy spadki jakości grafiki podczas przerywników, voilà, mamy przepis na porażkę. A szkoda, bo potencjał był duży. Luźna fabuła trzymała się klimatu towarzyszącego nam podczas rozgrywki, rozcinanie przeciwników na kawałki sprawiało frajdę, a pokonanie bossa dawało satysfakcję pomimo tych wszystkich wad. Wystarczyło przebudować większość gry i byłoby spoko, począwszy od struktury poziomów, kończąc na zachowaniu ostatecznych opozycjonistów. Hehe.

Czy warto w to jednak zagrać? Ciężko mi to jednoznacznie stwierdzić. Niby to jedna z niewielu gier third party na Wii U wydana przez inną firmę niż Ubisoft czy Activision, lecz czy to powinien być główny powód by coś sprawdzić? Sami zadecydujcie. Ja się przy tej grze zarówno sporo naśmiałem, jak i napsułem zdrowia. Ukrytą perełką to to nie jest, jednakowoż nie nazwałbym tego szpila najgorszą grą w jaką kiedykolwiek ukończyłem.

PS: Zapomniałbym! W grze jest też tryb sieciowej rozgrywki. Właściwie to był kiedyś.

- jakbu