2 Sie 2017

Number of the Beast
  • Publicystyka

Sześć to ładna cyfra. W czasach szkolnych była najbardziej pożądanym symbolem, jaki mógł znaleźć się na kartach dzienniczka ucznia. Nie widziałem szóstki szczególnie często, może dlatego gdy na jakąś spojrzę, to robi mi się ciepło na serduszku. Bo jak wytłumaczyć, że lubię wiele gier, których oceny w różnych mediach oscylują około sześciu punktów na dziesięć możliwych?

Gra poniżej ośmiu oczek w okienku z notą końcową to dla wielu strata czasu. Sam należałem niegdyś do tej grupy, gardząc tytułami, które nie zaskarbiły sobie szczególnej przychylności krytyków. Po jakimś czasie zauważyłem, że nie najlepiej oceniane gry dawały mi masę frajdy. Oczywiście miały swoje wady, lecz rekompensowały je innymi elementami rozgrywki. Bardzo często całkowicie grywalnym tytułom obrywa się za to, że ich oprawa graficzna nie dorównuje najgłośniejszym produkcjom. Jest to jakaś część składowa oceny, ale czy aby na pewno tak ważna? Póki gra nie wygląda jak gówno a sprawia przyjemność, jestem w stanie iść na ugodę. Większość recenzentów nie jest jednak tak łaskawa jak ja i ocenia te gry dość brutalnie, dając do zrozumienia, że są lepsze sposoby na zajęcie wolnego czasu. Z kolei zdanie szanowanej gazety lub portalu jest w większości przypadków bezrefleksyjnie kopiowane przez kolejne zastępy ludzi, którzy w rzeczywistości nie zetknęli się nigdy z daną produkcją. To bardzo mocno ogranicza pulę potencjalnych graczy, którzy nim sięgną do portfela, sprawdzą najpierw w Internecie czy tytuł wart jest zachodu. Zachęcam do tego by w miarę możliwości przekonać się o tym na własnej skórze, ponieważ samodzielne odnalezienie dobrej gierki daje masę satysfakcji.

Dzięki wspaniałej rzeczy jaką są sklepy z używanymi grami, żaden fan elektronicznej rozrywki nie powinien narzekać na nudę. W przystępnej cenie możemy bowiem zakupić tytuły, które z jakiegoś powodu nie cieszyły się szczególną popularnością, a poprzedni właściciel opchnął je za ułamek ceny w lokalnym sklepiku, aby uzbierać na nową część Call of Duty. Moim skromnym zdaniem, gry na poprzednie generacje konsol wciąż nie zestarzały się na tyle by budziły negatywne odczucia u większości konsumentów. Za piętnaście – trzydzieści złotych nabędziemy bez problemu całkiem sporo przeoczonych w natłoku „hitów” perełek (PROTIP: wersje na X360 są zazwyczaj tańsze niż te na PS3). Jeżeli podobnie jak ja nie jesteś zwolennikiem rozgrywki sieciowej, potrzebujesz pewnie zastrzyku nowych szpil dużo szybciej niż profesjonalni nabijacze rankingu. Tu właśnie przychodzą z pomocą średniaki, pozwalające dobrze się bawić bez konieczności wydawania dużej sumy pieniędzy.

Nie będę udawał, że np. The Getaway tylko minimalnie ustępuje serii Grand Theft Auto i strzelając do bandziorów na ulicach Londynu nie zobaczysz większej różnicy niż podczas rozwałki w Liberty City. Byłoby to spore nadużycie z mojej strony gdyż wspomniane serie dzieli co najmniej jedna klasa jakości. Jeżeli jednak masz już za sobą przygodę z GTA , to z czystym sumieniem możesz poświęcić swój cenny czas na zabawę z dziełem Team Soho i gwarantuję, że nie będzie on czasem straconym. Pierwsza część The Getaway oferuje bowiem pełnoprawny dodatkowy scenariusz, który znacznie wydłuża rozgrywkę, a sequel pozwala na delikatne zmiany w przebiegu gry, w zależności od tego co gracz zrobi (lub czego nie zrobi) w kilku rozdziałach. Są to całkiem solidne tytuły, które może nie zawojowały świata i zasłużyły w pełni na swoje oceny, ale nadal daleko im do badziewia.

Gdy zapowiadano reboot Splatterhouse na PS3/X360 wiele sobie po tej grze obiecywałem. Kolejne materiały publikowane przed premierą tylko zaostrzały mój apetyt, można było spodziewać się bezkompromisowej nawalanki okraszonej litrami posoki. Mój entuzjazm ostudziły jednak oceny jakie posypały się zewsząd po premierze. Jakiś czas temu zakupiłem wersję na PS3 w przystępnej cenie, głównie ze względu na klasyczne odsłony serii, które umieszczono na płycie jako dodatki. Jak wielkie było moje zdumienie gdy okazało się, że nowy Splatterhouse sam w sobie jest naprawdę dobrą grą! Oczywiście niepozbawioną wad, kamera jak to często bywa w tego typu produkcjach lubi odmawiać współpracy, a brutalne scenki towarzyszące wykańczaniu przeciwników mogłyby być bardziej zróżnicowane. Nie przeszkadza to jednak w czerpaniu przyjemności z przechodzenia kolejnych etapów, tym bardziej, że sporo rekompensuje wysoki poziom trudności, który nie robi ukłonów w stronę graczy niedzielnych. Średnia ocen na Metacritic poniżej 60% jest w tym przypadku, moim zdaniem, pomyłką. Oto jak łatwo dać się zmylić, o mały włos nigdy nie sięgnąłbym po ten tytuł, który wspominam lepiej niż co najmniej kilka o wiele lepiej ocenianych szpil.

Pamiętaj, że gdy w czasie wakacji czy urlopu poczujesz już zmęczenie topowymi grami, które wszyscy znają i kochają jak Pszczółkę Maję, gdzieś tam na niższej półce w sklepiku czeka na ciebie całe mnóstwo ciekawych produkcji. Może nie udało im się przebić do czołówki, ale naprawdę wiele z nich zasługuje na to by zakręcić się w twojej konsoli. Istnieje ryzyko, że natniesz się na coś rzeczywiście słabego, jednak kupując zachwalany tytuł też nie masz gwarancji, że akurat tobie będzie się on podobał. Nikogo na siłę nie namawiam, każdy ma swój rozum, a mój podpowiada mi, że czas podłączyć plejkę pod stary telewizorek CRT i ograć w końcu Gungrave (średnia 65%). Miłej końcówki wakacji!

- Oskier