28 Cze 2017

Deus Ex... Machina
  • Publicystyka

Dawno, dawno temu, za siedmioma półkami, za siedmioma przecenami, znalazłem w sklepie grę o wdzięcznej nazwie Mass Effect w wersji na PC. Zabawy było co niemiara. Wciągnąłem się jak trzeba w przygody Komandora porucznika Sheparda oraz załogi jego statku, spędzając wiele godzin na ratowaniu Wszechświata. Kiedy udało mi się położyć ręce na płytce z kolejną częścią tej epickiej historii, byłem więcej niż ukontentowany. Zaimportowałem więc zapis z poprzedniej odsłony, by kontynuować grę stworzoną wcześniej przez siebie postacią i sprawdzić jak moje dotychczasowe wybory wpłyną na losy świata. Miałem poczucie, że biorę udział w czymś wielkim a zakończenie jakie zaserwowali mi twórcy wzmogło apetyt na ostatnią już część epickiej trylogii. Niestety, jak to w życiu często bywa w momencie, gdy pojawiła się trzecia część ME mój komputer nie nadawał się już raczej do odpalania najnowszych tytułów, a nie byłem posiadaczem żadnej z konsol, na które ten tytuł trafił. Po jakimś czasie zapomniałem więc o konieczności doprowadzenia opowieści do końca i wesoło ogrywałem masę innych produkcji. I może gdyby tak pozostało, byłoby lepiej…

Korzystając z promocji (znowu!) na PS Store zakupiłem całą trylogię ME w wersji na PS3 i na nowo rozpocząłem kosmiczną tułaczkę. Trochę czasu zajęło mi przebrnięcie przez dwie pierwsze części, które starałem się zakończyć w jak najlepszy sposób, by wraz ze zwieńczeniem serii zbierać słodkie owoce satysfakcji. Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany wieczór, w którym to po raz pierwszy odpaliłem ME 3, i z wielkim entuzjazmem zabrałem się za wojnę ze Żniwiarzami. Szybko zorientowałem się, że nie będzie to najlepsza spośród wszystkich trzech części, choć trzeba przyznać, że rozgrywka była solidna. Trochę się zawiodłem uświadamiając sobie, że większość z decyzji podjętych przeze mnie w poprzednich grach, nie ma tak naprawdę zbyt wielkiego znaczenia. Nie jestem fanem wieloosobowej gry przez sieć, więc nie spodobało mi się także położenie dość dużego nacisku na ten rodzaj rozgrywki. Przymknąłem więc oko na te rzeczy i po prostu grałem. Przed ostatnią bitwą byłem już podkręcony jak jakiś Beyblade, wszystko zapowiadało bowiem epicki finał. Z poczuciem dumy patrzyłem na przedstawicieli różnych ras z całej galaktyki, które postanowiły wesprzeć Ziemię. Serio, aż się wzruszyłem gdy Wrex przemawiał do armii Krogan. Parę minut później zaczęła się sieczka, moje zaangażowanie wzrosło do niewyobrażalnego poziomu, by po chwili opaść i pozostawić mnie z jednym pytaniem, które nie dawało mi spokoju. Brzmiało ono mniej więcej tak: „Co tu się właśnie odjebało?”.

Nie powinno się w tak słaby sposób kończyć tak rozległej historii.

Tyle godzin gry sprowadza się do wyboru jednej z trzech dróg? Najwidoczniej dobre pomysły już dawno się skończyły, więc sięgnięto po stare sprawdzone sposoby, czyli „Dodajmy jakąś magiczną siłę, czy też wspaniałą maszynkę, która rozwiąże wszystkie problemy i będzie po sprawie”.

Panowie, to tak nie działa.

Może byłoby lepiej, gdyby ktoś w Bioware pomyślał o tym, żeby dostęp do każdej z tych ścieżek, był uzależniony od tego jak gracz postępował w ciągu całej przygody. Chociaż nie, cofam to. Zakończenie jest tak chujowo pomyślane, że różnice pomiędzy poszczególnymi rozwiązaniami ograniczają się głównie do zmiany kolorystyki. Mocno się zagotowałem, gdy chcąc sprawdzić jak wygląda inny ending, zmarnowałem jakieś pół godziny mojego cennego czasu na ponowne rozegranie ostatniego etapu. Czułem, że coś jest nie tak jak powinno i miałem rację. EA wydało bowiem darmowe DLC, które miało poprawić „to coś” przed listą płac. Po pobraniu dodatkowej zawartości, po raz kolejny poświęciłem 30 minut z życia, z nadzieją, że tym razem będzie miało to jakikolwiek sens.

Nie miało.

Nie tylko Bioware ma w tej kwestii za uszami. Graliście może w Gears of War? Tu akurat nie obiecywałem sobie szczególnie głębokiego zwieńczenia serii, ale to co zobaczyłem po przejściu trzeciej części „pudzianów”, to znowu pójście na łatwiznę. Skłamałbym mówiąc, że fabuła w tej grze nie grała dla mnie istotnej roli. Może byłoby tak, gdybym nie zakupił na promocji (serio, powinni tego zabronić!) dwóch książek, które przedstawiają wydarzenia sprzed „jedynki” i to co działo się zaraz po „dwójce”. Nie są to jakieś tam fanfiki tylko pełnoprawne powieści będące częścią uniwersum. Ostatniej książki nie udało mi się dostać, nad czym ubolewam, ponieważ byłoby to pewnie dobre uzupełnienie historii. Tak czy owak, znowu się zdenerwowałem, gdy okazało się, że aby zakończyć konflikt, wystarczy odpalić jakąś tam super extra bombę, która zabije wszystkich wrogów na całej planecie. Ktoś chyba ostro się nagłówkował żeby na to wpaść.

W sumie, to w każdej z odsłon GoW chodziło o użycie jakiejś broni masowego rażenia, ale konsekwencje nigdy nie były aż tak wielkie, żeby mogły całkowicie rozwiązać problem. To miała być ostatnia (do czasu) część flagowej serii, więc twórcy pomyśleli pewnie, że należy znaleźć sposób na definitywne zakończenie wojny wyniszczającej Serę. Jestem w stanie to zrozumieć ale nie przyjmuje tego co nam zaserwowano.

Na pewno wielu z was także zawiodło się kiedyś jakimś tytułem ze względu na jego nędzne i niesatysfakcjonujące zakończenie. Powiedziałbym, że to dość powszechne zjawisko. Taki to już rodzaj rozrywki, w którym fabuła gra raczej drugie albo nawet i trzecie skrzypce. Ale bądźmy poważni, i jeżeli rozwlekamy jakiś temat na trzy kolejne gry, to postarajmy się aby finał nie był karykaturą samego siebie. Ktoś przecież za to płaci, nawet jeśli towar jest objęty promocją.

- Oskier