21 Maj 2017

Bycie fanbojem chorobą

  • Publicystyka

Według Słownika Języka Polskiego fan to zagorzały zwolennik czegoś. Przez dziesiątki lat, bo od drugiej połowy XX wieku, to pojęcie było wystarczające do opisania zjawiska, jakim jest przywiązanie do drużyny, zespołu czy marki. Pozytywny wydźwięk tego słowa został zniszczony przez natarczywość niektórych jednostek, co doprowadziło do powstania negatywnego wariantu tego słowa, jakim jest psychofan. Niedawno jednak powstała nowa gałąź, którą tworzy pojęcie fanboj. Fanboizm to już głęboko zakorzenione zjawisko w polskim, jak i zagranicznej społeczności graczy. Wałkowanie tematów wyższości jednej konsoli nad drugą to chleb powszedni na forach okołogrowych, jak i branżowych serwisach. Skąd bierze się to bierze i jak możemy to sensownie wytłumaczyć?

Po pierwsze, użytkownicy, a właściwie konsumenci wielkich korporacji starają się racjonalizować swoje decyzje. Nawet jeśli te osoby przejrzą setki testów sprzętów, recenzji gier czy artykułów porównawczych, w dużej ilości przypadków to promocje czy okazje decydują, z jaką konsolą wracają ze sklepu. Nacieszą się sprzętem przez kilka dni, czy nawet godzin, a potem czują, że to nie jest do końca ich broszka. Wtedy w ich organizmie aktywują się mechanizmy obronne. Zaczynają usprawiedliwiać swoje decyzje, starają się przekonać innych, że są w błędzie. W ten sposób mogą poprawiać swoją samoocenę, upewniać się, że dokonali jedynego słusznego wyboru. Skoro oni wybrali daną rzecz, to na pewno są nieomylni, a każdy kto ma inne zdanie musi mylić się. I przy okazji, można go zbluzgać, bo dlaczego by nie, wciąż panuje przekonanie, że w Internecie jesteśmy anonimowi.

Drugim powodem takich zachowań jest chęć przynależności do grupy. Jest to potrzeba silnie uwarunkowana psychicznie w naszym społeczeństwie. Ludzie od lat dobierają się w kręgi związane z zainteresowaniami czy muzyką. Tak samo wygląda to w przypadku gier, lecz nie zawsze wygląda to tak kolorowo. Owszem, w grach online często widzimy gildie, czy klany zdrowo rywalizujące między sobą. Ale zawsze jest też ta druga opcja, gdzie ludzie dobierają się pod względem platformy, spotykają reprezentantów przeciwnego obozu i zaczyna się walka. Bój ten zazwyczaj bezsensowny i bezkresny, wypchany jest setką argumentów na temat specyfikacji sprzętów, drobiazgów, na którą większość osób nie zwraca uwagi, czy mankamentami, które występują raz na kilka tysięcy egzemplarzy. Tak, w takich momentach gry schodzą kompletnie na drugi plan. Przecież wiadomo, że liczba GFLOPSów jest o wiele ważniejsza, niż gier na wyłączność. Nie mówiąc już o takich istotnych sprawach jak prędkości wiatraków zamontowanych wewnątrz konsoli. Czy powinniśmy jednak tolerować, ignorować, bądź usprawiedliwiać takie zachowania? Wiele redakcji propaguje takie czynności stawiając na prowokujące tytuły, czy dając wolną rękę w komentarzach pod wiadomościami. Wiadomo, im więcej szumu, tym więcej można zarobić. Każdy dobrze na tym wychodzi, strony zarabiają na reklamach, korporacje na ilości sprzedanych sztuk, a gracze mogą wyładować swoją frustrację klepiąc w klawiaturę, tudzież ekranik smartphone’a. Bo przecież nic tak nie cieszy, jak możliwość napisania wojtkowi69, że jest głupim chujem, bo kupił Forzę Horizon 2, zamiast poczekać na Gran Turismo Sport. Wiadomo, Sony krul.

Chcesz być mądrym człowiekiem? Miej to w dupie. No i jeśli podoba Ci się to Uncharted 4, to je kurwa kup, zamiast powoływać się na „pc master race”, pajacu.

- jakbu