Co nowego?

11 Lis

6-8 grudnia znajdziesz naszą salę na łódzkim Gakkonie! Po więcej informacji zapraszamy na nasz fanpage lub na stronę konwentu.

13 Maj

Nieregularność w nazwie zobowiązuje!


28 Cze 2018

Dobry glina
  • Recenzje

Po ogromnym sukcesie jaki odniosło Rockstar Games, wprowadzając serię Grand Theft Auto w trzeci wymiar, rozpoczęła się moda na strzelanki z widoku trzeciej osoby, osadzone w (częściowo) otwartym świecie. W przeciągu kilku lat doczekaliśmy się więc zalewu podobnych produkcji, pozwalających zakosztować wesołego życia gangstera. Niektórym developerom wyszło to całkiem zgrabnie, a innym ciutkę gorzej. Pozycji, jaką obejmowały kolejne części GTA, żadnemu innemu tytułowi nie udało się już zająć, a trzeba przyznać, że pretendentów było wielu. Takie aspiracje wydawało się mieć także True Crime: Streets of LA, pozwalające dla odmiany wcielić się w stróża prawa, który nie zawsze postępuje zgodnie z regulaminem.

Jako Nick Kang poprowadzisz szalone śledztwo, wyjęte żywcem z amerykańskich filmów sensacyjnych. Jeżeli lubisz oglądać Polsat to fabułę już mniej więcej znasz. Przy okazji rozpracowywania poważnej sprawy kryminalnej, główny bohater musi uporać się z przeszłością swojego ojca i wywrzeć zemstę na tych, którzy sobie nagrabili. Albo odwrotnie: sprawa jest tylko pretekstem do zemsty. Szczerze mówiąc, historia mnie nie kupiła, ponieważ nie potrafię znaleźć klucza do jej odczytania. Nawet, gdy na ekranie dzieją się najbardziej chore i niedorzeczne rzeczy, nie mam pewności, czy to jest świadome śmieszkowanie, czy oni z tym tak na poważnie. W kontekście fabuły warto jeszcze zaznaczyć, że przygotowano trzy różne zakończenia w zależności od tego czy jesteśmy dobrym czy złym gliną. Ludzie lubią przecież wybory moralne w grach, dlatego każda akcja jaką podejmujesz, wpływa na twoją karmę. Rozchodzi się nie tylko o eksterminację niczego nie świadomych przechodniów, ale także sposób rozwiązywania problemów zawodowych. Zabijając bandytów strzałem w głowę raczej nie zasłużysz sobie na order, więc możesz załatwić sprawę grzecznie i zneutralizować przeciwnika np. poprzez okulawienie.

Czytaj dalej...


17 Cze 2018

Nintendont - jak uruchamiać gry z GameCube'a na Wii przez USB?
  • Poradniki

Prawie wszyscy dobrze wiemy, że jedną z zalet Wii jest kompatybilność wsteczna. Pod klapkami na górze konsoli sprytnie ukryte są cztery porty na pady oraz dwa wejścia na memorki od GameCube’a. Ale co zrobić w czasach, gdy przykładowo Metal Gear Solid: The Twin Snakes kosztuje na znanym portalu aukcyjnym aż 330 złotych, a my mamy na utrzymaniu dom, dzieci, samochód i tonę innych mało istotnych rzeczy? Otóż z pomocą przychodzi Nintendont autorstwa FIX94. Aplikacja ta pozwala na uruchamianie gier z GameCube’a poprzez kartę SD, wejście USB lub z płyty, bez zabawy w różnorakie modyfikacje. Ten poradnik skupi się jedynie na opcji poprzez port USB, gdyż jest to najefektywniejszy wariant. Zakłada również, że Twoja konsola jest już przerobiona.

Czego potrzebujemy? Oczywiście przerobionej konsoli Wii z zainstalowanym The Homebrew Channel oraz oficjalnym, niemodyfikowanym IOS58. Jeśli Twoja konsolka już uruchamia gry z dysków USB, masz już to za sobą. Jeśli nie, przerób najpierw swoją konsolę.

Czytaj dalej...


13 Cze 2018

Gungrave
  • Recenzje

Lubicie anime? No wiecie, te chińskie bajki, w których osiłki biją się po głowach, małe dziewczynki mają magiczne moce, chomiki jedzą słonecznik i tym podobne. Otóż ja przeżywałem fascynację takimi serialami animowanymi gdy byłem nieco młodszy, a i dziś zdarzy mi się coś obejrzeć bez poczucia wstydu i utraty szacunku do własnej osoby. Myślę, że to odcisnęło piętno na moim poczuciu estetyki. Okładki gier, na których widzę postaci niemal żywcem wyjęte z tak lubianych niegdyś bajeczek przykuwają mój wzrok. Druga sprawa, że po prostu lubię japońskie gry. Gdy pewnego razu szperałem w pobliskim sklepie pośród tytułów na PlayStation 2, w moje ręce dostało się pudełko, z napisem Gungrave i obrazkiem utrzymanym w stylistyce japońskich filmów animowanych, przedstawiającym jakiegoś dziwaka z dwoma spluwami. To wystarczyło bym zdecydował się na zakup.

Osoba mająca największy wpływ na tę produkcję od strony artystycznej to Yasuhiro Nightow, czyli człowiek odpowiedzialny za szalenie popularną niegdyś mangę pod tytułem Trigun, mającą swoich fanów także w naszym kraju. Gość zaprojektował postacie i napisał fabułę, za co ma u mnie plusa. Trzeba mieć naprawdę głowę na karku, żeby w jakiś sensowny sposób stworzyć historię do gry, w której przez około dwadzieścia minut każdego poziomu nie ściągasz palca ze spustu. Z szacunku do czytelników nie będę jej streszczał, powiem tylko, że jest to historia o zemście, osadzona w świecie niewesołej przyszłości, gdzie technologia jest w stanie oszukać śmierć. Zaznaczę też, że dostrzegam w postaci Grave’a kilka „inspiracji” takimi seriami jak Hellsing (typ mógłby być bratem Alucarda) czy Devil May Cry (dwa gnaty jako podstawowa broń). Myśle, że ogólna stylistyka tej produkcji jest jej najmocniejszą stroną. Kolejne elementy intrygi odsłaniają się przed graczem w trakcie pięknych scenek, które można łatwo pomylić z tradycyjną animacją. Naprawdę wygląda to kozacko na małym telewizorku CRT. Niestety, gdy przejmujemy kontrolę nad protagonistą, następuje znaczny spadek jakości wyświetlanej grafiki, co może dziś wielu z nas przeszkadzać. Tę wadę, podobnie jak nudne i puste lokacje, oraz spadki w płynności zrzucam jednak na czas w jakim Gungrave debiutował, a był to rok 2002. Zdaję sobie sprawę, że lepiej było załadować więcej przeciwników na metr kwadratowy, niż tracić zasoby konsoli na bzdurne elementy otoczenia jak np. wazonik. Powiem więcej, ja takie podejście szanuję.

Czytaj dalej...


29 Kwi 2018

Sushi po amerykańsku
  • Publicystyka

Nie minę się chyba z prawdą, jeżeli powiem, że gry video w obecnej postaci, swoje istnienie zawdzięczają głównie Japonii. Jest to bowiem kraj, który dał nam Nintendo, Sony oraz Segę (choć ta korzeniami sięga w pewnym stopniu USA). Te miłe sercu słowa, będące nazwami firm, które stworzyły dla nas kultowe konsole oraz przeznaczone na nie gry, rządziły umysłami fanatyków elektronicznej rozrywki przez wiele lat. Mimo tego, że w tle przewijało się zasłużone niegdyś Atari, większość tytułów, w które szarpaliśmy w wieku pacholęcym, a które wywarły na nas pewnie niemały wpływ, powstało w słynnym Kraju Kwitnącej Wiśni. I chociaż zachodni developerzy nie siedzieli z założonymi rękoma, to do połowy trwania szóstej generacji konsol(nie zajmujemy się tu rynkiem PC) karty rozdawali Japończycy.

Wielka trójka producentów maszynek do grania walczyła między sobą o względy graczy, niczym w szesnastym wieku Oda Nobunaga i przeciwne mu klany o kolejne prowincje Japonii. Równowagę w przyrodzie zakłóciło dopiero odejście Segi, która na skutek ciągnącej się przez jakieś trzy generacje sprzętu serii dość niefortunnych decyzji, nastawiła się na tworzenie jedynie softu dla dotychczasowych wrogów. Może i należało uronić łzę nad Dreamcastem ale nie było na to czasu, ponieważ każdy z zaciekawieniem i w napięciu obserwował graczy pozostałych na polu walki. Wydarzenia te miały miejsce w pierwszej połowie Roku Pańskiego 2001. Parę miesięcy później świat ujrzał już nową konsolę Nintendo, która miała stanowić konkurencję dla rozpasanego na rynku PlayStation 2, oraz powitał na arenie nowego zawodnika. Kojarzący się do tej pory głównie z najchętniej piraconym systemem operacyjnym dla komputerów PC, Microsoft, bo o nim mowa, zajął pozostawione przez Segę miejsce przy stole. Pomiędzy Japończykami, zaczął panoszyć się sporych rozmiarów Amerykanin o zasobnym portfelu. Przycisk start bowiem został naciśnięty przez Xboxa. Nie oszukujmy się, konsole konkurencji nie zbliżyły się nawet do wyniku jaki w tej generacji wyśrubowało Sony, ale firma z Redmond zaznaczyła w udany sposób swoją obecność w tej dziedzinie, delikatnie wyprzedzając pod względem ogólnoświatowej sprzedaży Nintendo. Żeby poprawić ten wynik przy starcie kolejnego sprzętu, Microsoft postanowił zawalczyć o rynek, na którym zdecydowanie odniósł porażkę. Chodzi oczywiście o Japonię.

Czytaj dalej...


25 Kwi 2018

A Normal Lost Phone – sam znajdź historię
  • Recenzje

Znajdujesz telefon. Nie wiesz kto jest jego właścicielem. Na wyświetlaczu widzisz, że ma cztery nieodczytane wiadomości od swojego ojca. Czy przejrzysz telefon tej osoby, by dowiedzieć się kim jest, czy może szanujesz prywatność drugiego i po prostu przywrócisz ustawienia fabryczne, by wyczyścić wszelkie prywatne dane?

Nic poza telefonem nie istnieje. Serio, przez całą grę na swoim wyświetlaczu widzisz jedynie wyświetlacz (hehe) telefonu. Jedyne, co możesz zrobić to poruszać się po aplikacjach czy ustawieniach urządzenia. Włączyć sobie muzykę w odtwarzaczu, poprzeglądać wydarzenia zapisane w kalendarzu, obliczyć pole trójkąta na kalkulatorze czy czytać wiadomości SMS. Tą ostatnią czynnością początkowo poruszamy historią do przodu. Z czasem uzyskujemy dostęp do kolejnych opcji, takich jak chociażby przeglądarka internetowa, prognoza pogody czy aplikacja randkowa, jednakże bez haseł czy połączenia z Internetem, ciężko się do nich dobrać. Jednakże, wszystkie niewiadome można znaleźć i wywnioskować z treści, które przeczytamy w telefonie. Czasem wymaga to łączenia przeczytanych informacji, niekiedy musimy coś obliczyć, innym razem przetrzepać telefon od deski do deski, a właściwie od appki do appki. Najprościej będzie porównać rozgrywkę do tego, co prezentowało nam kilka lat temu Her Story.

Czytaj dalej...