Co nowego?

13 Maj

Nieregularność w nazwie zobowiązuje!


2 Lut 2019

Nie mam memorki, a muszę sejwować
  • Recenzje

Brud, rdza, elektronika i… bugi. I Have No Mouth and I Must Scream to typowy point-and-click lat dziewięćdziesiątych: dużo guziorów w interfejsie, czasem nielogiczna rozgrywka i mikroskopijne przedmioty do zebrania, które podświetlają się tylko na jednym określonym pikselu. Fabuła opiera się na opowiadaniu Harlana Ellisona pod tą samą nazwą, które swoją drogą jest zarówno prima sort, jak i krótkie. Po przeczytaniu recenzji zachęcam do jego lektury. Historii przestawionej w grze nie nazwałbym alternatywną, jest ona bardziej dopełnieniem literackiego dzieła, poprowadzoną trochę inaczej.

Zaczyna się następująco. Trwająca zimna wojna zamienia się w prawdziwy konflikt głównie między państwami Rosji, Chin i Stanów Zjednoczonych. Podczas wojny, supermocarstwa te budują superkomputery posiadające sztuczną inteligencję, nazwane „Allied Mastercomputer”. Celem ich jest prowadzenie konfliktu, który wydaje się być zbyt skomplikowany dla ludzkiego umysłu. Pewnego dnia super pecet USA staje się samoświadomy i przyjmuje sobie imię AM. Cogito ergo sum: I think, therefore I am. Następnie wchłania w siebie kompy Chin i Rosji, rozpoczynając masowe ludobójstwo.

Czytaj dalej...


30 Sty 2019

Piździarz
  • Recenzje

Nie każda gra musi być napakowana akcją, oferować dwadzieścia różnych zakończeń i wypalać siatkówkę wypasioną grafiką. Oczywiście są to miłe dodatki, ale jeśli ich zabraknie to co przyciągnie nas do takiej produkcji? Czy sama historia będzie wystarczająco zajmująca, by zatrzymać gracza w fotelu przez kilka godzin? Pozwolę sobie stwierdzić, że to możliwe.

Wyobraźcie sobie japońską grę o zawiłej fabule autorstwa mega gwiazdy gamedevu jaką jest Hideo Kojima, wydaną przez Konami w pionierskich czasach nośników CD. Tytuł, który kuleje na wielu płaszczyznach ale mimo tego wciąga niczym bramy na Piotrkowskiej. Coś czemu bliżej do doświadczenia jakie dają amerykańskie filmy sensacyjne, które w dzieciństwie oglądaliście na zdobytych przez ojca z wielkim trudem kasetach VHS. Chyba wszyscy domyślają się już, że mówię o rewelacyjnym wręcz Snatcherze (pl. Piźdzarz) na Segę CD!

Czytaj dalej...


27 Sty 2019

Niematerialny detektyw
  • Recenzje

Nazywam się Ronan O’Connor. Jestem policjantem z niesławnego miasta Salem, tak, tego od czarownic, chociaż pewnie bardziej kojarzycie tę nazwę z serialu, w którym tak wabił się pyskaty kot. Właściwie to byłem, gdyż nie żyję. Śledziłem Dzwonnika, seryjnego mordercę grasującego w naszym spokojnym mieście. Udało mi się go w końcu namierzyć jednak podczas walki wręcz wypchnął mnie przez okno. Spotkanie z asfaltem udało mi się przeżyć, z kulami wystrzelonymi z mojego pistoletu było jednak trochę trudniej. Umarłem. A tak dokładnie, to ludzka część mnie umarła. Zostałem zjawą, która nie opuści tego świata dopóki nie zamknie wszystkich spraw. A ciągnie mnie już do przejścia na tak zwany „tamten świat”, chciałbym ponownie zjednać się ze swoją zmarłą żoną, Julią.

Okazało się, że zjawy żyją pośród innych zjaw. I duchów. I demonów. O wszystkim powiedziała mi Abigail, młoda dziewczynka z warkoczykami, której chyba spodobał się ten świat. Wytłumaczyła mi też o co chodzi z opętywaniem ludzi czy przechodzeniem przez ściany. Świetna sprawa, aczkolwiek żebym mógł dostać się do jakiegoś budynku, ktoś musi zostawić do niego wejście, gdyż poprzez poświęcone ściany nie mam możliwości przejścia. Na szczęście mieszkańcy Salem sakrowali jedynie zewnętrzne ściany, także gdy już dostanę się do środka to nie mam większych problemów z podglądaniem ludzi. Z czasem nauczyłem też wpływać na obiekty podłączone do prądu, tworząc różnorakie anomalie związane z nimi. Poznałem również tajniki teleportacji.

Czytaj dalej...


22 Sty 2019

Postsowiecka sieka
  • Recenzje

Tomunobu Itagaki, producent znany z takich serii jak Dead or Alive czy Ninja Gaiden, postanowił połączyć najważniejsze cechy swoich gier i stworzył Devil’s Third. Grę z której brutalność oraz piersi wylewają się praktycznie z każdej strony. Dodał do tego kliszową fabułę niczym z filmów klasy B lat dziewięćdziesiątych i czekał na sukces na platformie, gdzie właśnie takich tytułów brakowało. Na bezrybiu i rak ryba, prawda? Niestety… nie. Bez dobrej rozgrywki nie da się stworzyć porządnej gry. Jak do tego doszło?

Zacznijmy jednak od krótkiego wstępu do historii zamiast od razu skupiać się na brakach. Wcielamy się w rolę Ivana, który siedzi sobie w ciupie. Wielki koksu wytatuowany na całym ciele trafił do więzienia Guantanamo za zbrodnie jakie popełnił służąc w S.O.D., terrorystycznej formacji prowadzonej przez Isaaca Kumano. Jego życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy zostaje wezwany na front przez Charles’a Carawaya, admirała marynarki Stanów Zjednoczonych. Ajwan,bo właściwie tak nazywają go wszystkie postacie w grze, staje ramię w ramię z amerykańskimi żołnierzami, walcząc przeciwko swoim dawnym kamratom. Bum, i tak powstał Chocapic – kilka misji wprowadzenia , a następnie główne danie, rzeźnia na wyspach Stary Braat i Mladshiy Braat. Nie, te nazwy to nie jest żart z mojej strony.

Czytaj dalej...


3 Gru 2018

Wieloplatformyzm
  • Publicystyka

Rok 2002. Valve ogłasza powstanie platformy do cyfrowej dystrybucji gier – głównie z powodu problemów z aktualizacjami Counter-Strike’a. Rok później Steam, bo o nim mowa, dostępny jest już dla ogółu. Początkowo znienawidzony z powodu konieczności posiadania klienta, by móc grać w najnowszą wersję wcześniej wymienionej gry. Sytuacja powtórzyła się ponownie w związku z premierą Half-Life 2, połączenie z Internetem było wymagane nawet w przypadku zakupu gry pudełkowej. Dodatkowych problemów dorzuciły jeszcze obciążone serwery. Valve jednak nie poddaje się i już w 2005 roku na ich systemie pojawiają się gry od innych wydawców. Szykuje się nowa era gry na komputerze.

Rok 2018. Steam dalej istnieje, a pomysł podchwycili inni wydawcy. Modne jest mieć własną platformę dystrybucyjną. Konkurencja jest zawsze spoko, monopol prowadzi do chorych zagrywek, lecz tutaj mamy stanowcze przesilenie rynku. Electronic Arts mają Origina, Ubisoft wojuje Uplayem, duet Blizzard + Activision zarządzają Battle.netem, Epic Games korzysta z Epic Launchera, a GOG… ma GOGa. Gdzieś tam w tle przewija się również Microsoft, ze swoim sklepem. Właściwie, jeśli gra nie jest na Steamie, to już pewne, że zaraz będziesz musiał pobrać innego klienta. Ba, czasem nawet jeśli gra jest na platformie Valve, to i tak wymagany jest konkurencyjny klient. Tak było chociażby z GTA IV, wymagającego Games for Windows Live.

Czytaj dalej...