Co nowego?

04 Sty

Uprzejmie informujemy, iż do końca stycznia bierzemy urlop. ;)


1 Wrz 2017

Zagrożony gatunek kanapowej gry

Gra wieloosobowa towarzyszy nam od samego początku tego przemysłu. Już pierwsza komercyjna konsola, Magnavox Odyssey, była sprzedawana w zestawie z dwoma kontrolerami, by móc rozegrać partię w tenisa czy hokeja z drugą osobą. Przez wiele lat lokalny tryb multiplayer był rzeczą pożądaną przez wszystkich graczy, wręcz wymaganą przy hitach. Czymże byłaby Contra czy Battle City (czyli nasze „Tanki”), gdyby nie możliwość współpracy z rodzeństwem? Czy Tekken dawałby tyle frajdy, gdybyśmy mogli skopać wirtualne tyłki jedynie komputerowi? Wiadomo, w przypadku niektórych gatunków tak nie było. Ale prawilnie przypominam, że nawet w Grand Theft Auto: San Andreas dało się grać w dwie osoby. Co się więc stało, że ostoją „gatunku” są teraz gry sportowe? Czy na pewno nie ma nowych gier, próbujących wypełnić lukę?

Po części zwalę winę na Internet. Poziom dostępności tej usługi, jak i przyzwoitych prędkości w końcu pozwala nam na wygodną grę nawet w wymagające natychmiastowej reakcji bijatyki. Oczywiście, sama powszechność tego serwisu nie jest jedynym czynnikiem. Ponieważ twórcy nie muszą już ograniczać się do jednego ekranu, wiele z gatunków takich jak strzelaniny, bądź różne warianty RPG-ów przeniosły się bezpowrotnie na grę sieciową. Plusy takiego rozwiązania chyba są od razu widoczne, przede wszystkim zwiększa się wygoda, nikt nie oszukuje patrząc na pozycję rywala w okienku obok lub nikt nikogo nie blokuje swoją ślamazarnością, bądź chęcią lizania ścian w poszukiwaniu sekretów schowanych przez twórców. Ile razy kiedyś mieliśmy problem z blokadą chodzenia, bo nasz partner w rozgrywce usilnie starał się po coś powrócić, podczas gdy my chcieliśmy nacierać do przodu. Owszem, w grach kooperatywnych zmniejsza to czynnik koleżeński, gdyż możemy usłyszeć naszego kompana jedynie w słuchawce. Nie możemy z nim zbić piony za dobrą akcję, zdzielić karczycho za spowodowanie naszej śmierci, czy pokazać dokładnie jak wykonać jakąś sztuczkę. No cóż, coś za coś.

Czytaj dalej...


2 Sie 2017

Number of the Beast

Sześć to ładna cyfra. W czasach szkolnych była najbardziej pożądanym symbolem, jaki mógł znaleźć się na kartach dzienniczka ucznia. Nie widziałem szóstki szczególnie często, może dlatego gdy na jakąś spojrzę, to robi mi się ciepło na serduszku. Bo jak wytłumaczyć, że lubię wiele gier, których oceny w różnych mediach oscylują około sześciu punktów na dziesięć możliwych?

Gra poniżej ośmiu oczek w okienku z notą końcową to dla wielu strata czasu. Sam należałem niegdyś do tej grupy, gardząc tytułami, które nie zaskarbiły sobie szczególnej przychylności krytyków. Po jakimś czasie zauważyłem, że nie najlepiej oceniane gry dawały mi masę frajdy. Oczywiście miały swoje wady, lecz rekompensowały je innymi elementami rozgrywki. Bardzo często całkowicie grywalnym tytułom obrywa się za to, że ich oprawa graficzna nie dorównuje najgłośniejszym produkcjom. Jest to jakaś część składowa oceny, ale czy aby na pewno tak ważna? Póki gra nie wygląda jak gówno a sprawia przyjemność, jestem w stanie iść na ugodę. Większość recenzentów nie jest jednak tak łaskawa jak ja i ocenia te gry dość brutalnie, dając do zrozumienia, że są lepsze sposoby na zajęcie wolnego czasu. Z kolei zdanie szanowanej gazety lub portalu jest w większości przypadków bezrefleksyjnie kopiowane przez kolejne zastępy ludzi, którzy w rzeczywistości nie zetknęli się nigdy z daną produkcją. To bardzo mocno ogranicza pulę potencjalnych graczy, którzy nim sięgną do portfela, sprawdzą najpierw w Internecie czy tytuł wart jest zachodu. Zachęcam do tego by w miarę możliwości przekonać się o tym na własnej skórze, ponieważ samodzielne odnalezienie dobrej gierki daje masę satysfakcji.

Czytaj dalej...


23 Lip 2017

Wspomnienia z ziemi niczyjej

Ziemia niczyja, szara strefa, czarny rynek. Nazwij to jak chcesz. Istnieją od zawsze, zapewne również na zawsze. Dla nas graczy będzie to piractwo, modyfikowanie konsol oraz emulacja. Tudzież różnorakie nielicencjonowane akcesoria i gry czy klony sprzętów. Dla wielu niezrozumiałe zagadnienia, zupełnie niepotrzebne, dla innych jedyna szansa na możliwość zagrania w jakiekolwiek tytuły. Jednakże, mają duży wpływ na gospodarkę, ale i także są od niej zależne. Czemu ludzie sięgają po takie nie do końca etyczne rozwiązania? Jakie są ich motywy, dlaczego starają się iść pod prąd? Czy są one w jakimkolwiek stopniu pozytywne, a może jedynie są udręką producentów gier i konsol? Z góry ostrzegam, że zawarte tutaj tytułowe wspomnienia, będą w dużej mierze podkoloryzowane patrzeniem przez różowe okulary.

Rozpocznę na wpół chronologicznie. Połowicznie, gdyż zacznę od tego, z czym najpierw spotkałem się w swoim życiu. A mianowicie będą to klony konsol. W swoim arsenale miałem takie cudeńka jak Video Game CA-160 (czyli Atari 2600 Jr.) czy Ending-Man Terminator BS-500AS (czyli Famicom). Na pierwszym niestety nie pograłem za dużo, pomimo pokaźnej liczby wbudowanych gier. Z powodu wadliwego joysticka, mogłem jedynie skręcać w prawo, więc w River Raid nigdy za daleko nie udało mi się dolecieć. Wielka szkoda, może kiedyś uda mi się dokupić działający kontroler, by móc ograć te wszystkie klasyki. Z drugą konsolą natomiast mam ogrom wspomnień. Na tymże „Pegazusie” przeszedłem dziesiątki tytułów. W sumie, przewinęło się kilka tych klonów, gdyż lubiły się smażyć wraz z zasilaczami. Dmuchanie „dyskietek” też było na porządku dziennym. Jednakże, setek godzin w „Tanki” (czyli Battle City), Super Mario Bros., bądź Contrę nikt mi nie zabierze. Dzięki tej konsoli również pierwszy raz wylądowałem „na dywaniku”. Chciałem przyciąć kolegę w chuja, dając mu niesprawny kartridż z Tom & Jerry, w zamian za karta z jego kolekcji. Niestety, zrobiliśmy to na samym środku sali, co skończyło się cofnięciem wymiany i poważną rozmową „Pani” z rodzicami. Przejdźmy jednak do kwestii legalności i moralności. Sprzęt ten nie był produkowany nigdy na licencji Nintendo, lecz nie przypominam sobie, aby oryginalna konsola była sprzedawana w naszym kraju. Tak samo w Chinach i państwach bloku wschodniego. Dlatego więc, usprawiedliwiam działanie producentów i handlarzy. Gdyby nie oni, branża growa w naszym kraju byłaby jeszcze bardziej zacofana w naszym kraju. Pegasus był u nas wciąż popularny, gdy zagranicą królowało PlayStation. Tymczasem, to dzięki niemu przeciętny zjadacz chleba mógł na własne oczy przekonać się na czym polega elektroniczna rozrywka. Dziękujmy ludziom, którzy wpadli na pomysł sprowadzenia tego sprzętu do Polski i rozpropagowania go na szeroką skalę.

Czytaj dalej...


14 Lip 2017

Za hajs z najntisów baluj

Mamy rok 2017. Nintendo niedawno wypuściło na rynek NESa, a Nokia już zaraz dostarczy konsumentom model oznaczony numerem 3310. No i nie możemy zapomnieć o Sedze, która dopiero co wydała swój flagowy tytuł Sonic The Hedgehog. Nie żadną kontynuację, chodzi o tę samą grę co w 1991 roku, tyle że na telefon. To nie jedyne grzeszki branży gier, która woli jechać na nostalgii, zamiast dostarczyć czegoś nowego graczom. Po co, skoro „weterani” będą zachwyceni reedycjami szpili, które katowali w swoim dzieciństwie. Do czego ogólne przyzwolenie na „retro feeling” doprowadza?

Zacznijmy od najmniejszego zła, czyli pixel art. Osobiście uwielbiam ten styl graficzny, ale twórcy gier indie za bardzo kierują się w tę stronę. Wydaje się, że co druga niezależna gra nawiązuje grafiką do staroci z Pegazusa, czy trochę nowszego SNESa. Owszem, bardzo często są to dobre i grywalne tytuły, lecz z racji powielania schematów, zazwyczaj nie da się odróżnić ich od siebie. Zamiast eksperymentować z prezentacją gry, twórcy preferują iść utartym szlakiem, który przecież jest dla nich kurą znoszącą złote jaja. Na szczęście, kiedyś deweloperzy mieli jaja i nie bali się postawić na nietuzinkowość. Do pionierów tego powrotu do korzeni nic nie mam, propsuję Super Meat Boya czy Retro City Rampage. Chwalę sobie Guacamelee, że nie wybrało drogi na skróty, tylko stworzyło własny, unikatowy klimat. A o was Sonic Manio czy Double Dragonie IV, nie wiem co mam sądzić. Próbowaliście kiedyś wejść w świat „aktualnej” grafiki, lecz nie wyszło wam to na dobrze. Może właśnie tutaj powinniśmy akceptować wyjątki, cieszyć się z takiego obrotu sprawy?

Czytaj dalej...


28 Cze 2017

Deus Ex... Machina

Dawno, dawno temu, za siedmioma półkami, za siedmioma przecenami, znalazłem w sklepie grę o wdzięcznej nazwie Mass Effect w wersji na PC. Zabawy było co niemiara. Wciągnąłem się jak trzeba w przygody Komandora porucznika Sheparda oraz załogi jego statku, spędzając wiele godzin na ratowaniu Wszechświata. Kiedy udało mi się położyć ręce na płytce z kolejną częścią tej epickiej historii, byłem więcej niż ukontentowany. Zaimportowałem więc zapis z poprzedniej odsłony, by kontynuować grę stworzoną wcześniej przez siebie postacią i sprawdzić jak moje dotychczasowe wybory wpłyną na losy świata. Miałem poczucie, że biorę udział w czymś wielkim a zakończenie jakie zaserwowali mi twórcy wzmogło apetyt na ostatnią już część epickiej trylogii. Niestety, jak to w życiu często bywa w momencie, gdy pojawiła się trzecia część ME mój komputer nie nadawał się już raczej do odpalania najnowszych tytułów, a nie byłem posiadaczem żadnej z konsol, na które ten tytuł trafił. Po jakimś czasie zapomniałem więc o konieczności doprowadzenia opowieści do końca i wesoło ogrywałem masę innych produkcji. I może gdyby tak pozostało, byłoby lepiej…

Korzystając z promocji (znowu!) na PS Store zakupiłem całą trylogię ME w wersji na PS3 i na nowo rozpocząłem kosmiczną tułaczkę. Trochę czasu zajęło mi przebrnięcie przez dwie pierwsze części, które starałem się zakończyć w jak najlepszy sposób, by wraz ze zwieńczeniem serii zbierać słodkie owoce satysfakcji. Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany wieczór, w którym to po raz pierwszy odpaliłem ME 3, i z wielkim entuzjazmem zabrałem się za wojnę ze Żniwiarzami. Szybko zorientowałem się, że nie będzie to najlepsza spośród wszystkich trzech części, choć trzeba przyznać, że rozgrywka była solidna. Trochę się zawiodłem uświadamiając sobie, że większość z decyzji podjętych przeze mnie w poprzednich grach, nie ma tak naprawdę zbyt wielkiego znaczenia. Nie jestem fanem wieloosobowej gry przez sieć, więc nie spodobało mi się także położenie dość dużego nacisku na ten rodzaj rozgrywki. Przymknąłem więc oko na te rzeczy i po prostu grałem. Przed ostatnią bitwą byłem już podkręcony jak jakiś Beyblade, wszystko zapowiadało bowiem epicki finał. Z poczuciem dumy patrzyłem na przedstawicieli różnych ras z całej galaktyki, które postanowiły wesprzeć Ziemię. Serio, aż się wzruszyłem gdy Wrex przemawiał do armii Krogan. Parę minut później zaczęła się sieczka, moje zaangażowanie wzrosło do niewyobrażalnego poziomu, by po chwili opaść i pozostawić mnie z jednym pytaniem, które nie dawało mi spokoju. Brzmiało ono mniej więcej tak: „Co tu się właśnie odjebało?”.

Czytaj dalej...