Co nowego?

04 Sty

Uprzejmie informujemy, iż do końca stycznia bierzemy urlop. ;)


17 Gru 2017

Stój, bo strzelasz!

Tytuł tego tekstu zdaje się, całkiem nieźle oddawać założenia podgatunku strzelanin z widoku pierwszej osoby, zwanego z angielska rail shooter. W naszym kraju nazywamy produkcje tego typu „celowniczkami” albo też „strzelankami na szynach” ze względu na ich nieskomplikowaną mechanikę. Rolą gracza nie jest w nich bowiem bezpośrednie sterowanie postacią, gdyż ta porusza się sama, a jedynie strzelanie, najczęściej za pomocą specjalnego kontrolera imitującego broń, do kolejnych adwersarzy pojawiających się przed jej nosem. Ten schemat doskonale sprawdzał się na automatach wyposażonych w plastikowe giwery, jednak dość szybko postanowiono wprowadzić ten pomysł do naszych mieszkań.

W czasach konsol ośmiobitowych nie był to najpopularniejszy gatunek, choć pojawiło się kilka całkiem niezłych tytułów jak chociażby „The Punisher” na NESa. Super Nintendo dostało zaś hit w postaci Starfoxa, który jest kosmiczną strzelanką na szynach, a przy okazji pokazem możliwości graficznych sprzętu. Prawdziwa zabawa w domu zaczyna się jednak od czasu panowania piątej generacji. Co prawda do czerpania pełni doznań z wielu hitów, wymagany był pistolet świetlny, który nie znajdował się już w podstawowym zestawie razem z konsolą, ale był dość drogim dodatkowym kontrolerem. Istniała możliwość zabawy standardowym padem, niestety każdy kto już raz poczuł ciężar klamki z tworzywa sztucznego, nie mógł być usatysfakcjonowany tym sposobem rozgrywki. Dodać należy, że nowe telewizory ze względu na specyfikę swojej konstrukcji, nie współpracują już z dawnymi „pistoletami”, więc jeżeli nie posiadasz kineskopówki, to możesz sobie odpuścić. Na szczęście istnieje Nintendo Wii. Wielu jej nienawidzi, jeszcze więcej osób ją pokochało - konsola stawiająca na kontrolery ruchowe była dokładnie tym czego potrzebował gatunek. Nie wymagała żadnych dodatkowych akcesoriów (chociaż odpowiedni grip ułatwia zabawę), a grać mogliśmy na każdej jebanej plazmie czy LCD. Doskonałe warunki aby wskrzesić kilka serii.

Czytaj dalej...


25 Lis 2017

Harakiri z sudoku

Gry logiczne zazwyczaj kojarzą nam się z Sudoku czy Saperem, czyli właściwie łamigłówkami opartymi o matematykę, nie do końca zrozumiałymi zasadami (bo tak naprawdę ilu z was potrafi grać w Sapera?) czy wysokim poziomem trudności. Oczywiście, tak być nie musi, ale bez tych czynników nie byłoby wyzwania, którego ukończenie sprawiałoby tonę radości czy też wewnętrznej satysfakcji. Zazwyczaj też cechują się „przenośnością”, ze względu na możliwość funkcjonowania na kartce papieru, bądź nowocześniej, na telefonie, tablecie lub kieszonkonsolce. W tym artykule chciałbym przybliżyć wam kilka tytułów przy których spędziłem dziesiątki godzin. Będzie tutaj trochę zabawy z przekręcaniem i dopasowywaniem elementów, kolorowaniem planszy czy też dużą ilością cyferek. Gry zaprezentuję zgodnie z poziomem progu wejścia, od najniższego do najwyższego. Mam nadzieję, że sięgniecie po któryś z nich, by rozruszać swoje szare komórki w podróży komunikacją miejską, bądź w leniwą niedzielę siedząc przy komputerku. Wiele z przedstawianych gier występuje na więcej niż jednej platformie, bądź posiada swojego klona.

klocki

Czytaj dalej...


2 Lis 2017

Smutny feniks

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, a mianowicie w Polsce salony gier istniały nie tylko w nadmorskich miejscowościach. Takowe przybytki w dużej mierze opierały się na przyjezdnych, dlatego więc zapewne przeniosły się jedynie w miejsca, gdzie wyjeżdżamy na wakacje. Lecz praktycznie w każdym z salonów znajdowała się grupa bywalców, która zostawiała w nim swoje kieszonkowe. Tacy gracze zazwyczaj nie skupiali się na bijatykach czy celowniczkach, bo scena tych pierwszych u nas wykształciła się w warunkach domowo-turniejowych, a te drugie nigdy nie znalazły grupy hardkorowych fanów. Stałe ekipy skupiały się przede wszystkim na grach muzycznych. W przypadku naszego kraju było to zazwyczaj Dance Dance Revolution, bądź jego klon StepMania na przerobionym automacie, tudzież koreański konkurent nazwany Pump It Up. Wraz z „upadkiem” grania w salonach scena ta również musiała jakoś na tym ucierpieć.

Niektórzy przestali grać, inni w warunkach domowych tworzyli własne kontrolery, a wybrani osobnicy podróżowali z nimi na konwenty mangowe, by szerzyć pasję wśród innych graczy. I dzięki temu to hobby przetrwało wśród staruchów, a w dodatku nowe osoby również nim się zainteresowały. Szczerze mówiąc, skłamałbym mówiąc, że to jedynie zasługa tych dinozaurów, którzy podróżowali weekendami po całej Polsce swoimi samochodami przewożąc sprzęt grający, komputery, telewizory i kontrolery. W dużej mierze do swoistego odrodzenia sceny gier muzycznych przyczyniły się osu!, czyli komputerowy klon konsolowego Osu! Tatakae! Ouendan, oraz amerykańskie serie Guitar Hero i Rockband. Ten pierwszy w szczególności, bo z racji ogromnego powiązania z Japonią dużo graczy jest również zainteresowanych jeżdżeniem na konwenty. Inna istotna sprawa to katalog utworów tejże gry, który poza muzyką z anime jest pełny melodii z gier z serii Bemani, czyli dywizji Konami, odpowiadającej za takie tuzy jak właśnie Dance Dance Revolution.

Czytaj dalej...


26 Wrz 2017

Zapaśnik

Znów to zrobiłem. Jutro rano będę miał pewnie wyrzuty sumienia, ale to było silniejsze ode mnie. Co sprawia, że nie mogę się powstrzymać przed popełnieniem nierozważnego czynu, chociaż mam świadomość konsekwencji, które on za sobą niesie? Zawsze potrafię to sobie jakoś usprawiedliwić: „Należy Ci się to Mati jak psu zupa, świetnie się dziś spisałeś” albo „To tylko parę złotych, a taka okazja może się nie powtórzyć”. Efekt jest taki, że posiadam więcej gier niż jestem w stanie ukończyć przed 31 grudnia tego roku, a wciąż kupuję kolejne.

Pierwszego XBOXa kupiłem jakieś trzy, a może cztery lata temu, w komplecie z szesnastoma grami. Do dnia dzisiejszego ukończyłem trzy z nich. Jeszcze wcześniej dokonałem zakupu Wii, przez co znacząco zaniedbałem poczciwe PS2, które to przez lata było dla mnie podstawowym dostawcą rozrywki. Na czarnuli grałem bardzo namiętnie, chociaż moją jedyną oryginalną płytą był Swap Magic 3.8. Teraz staram się trochę wybielić i kupuję ciągle jakieś przedziwne szpile wydane na drugiego plejaka, chociaż nadal na ramieniu siedzi mi papuga i chętnie wyposażyłbym się w hak zakładany na dłoń, by zgrabnie sięgać piwo. Oprócz tak zwanych „klasyków” wyszukuję kompulsywnie ciekawe tytuły na PS3 i X360, ponieważ w obie konsole zaopatrzyłem się bardzo późno i nazbierało się trochę rzeczy do ogrania. Przez te „polowania” także zaliczam spory obsuw.

Czytaj dalej...


20 Wrz 2017

Pierdolona istota archiwizacji

Archiwizacja danych to proces przenoszenia zawartości w celu długotrwałego przechowywania. Rzecz istotna zarówno w rządzie, jak i przemyśle. Ale również bardzo ważna dla nas, graczy. Co byś zrobił, gdybyś nie mógł pobrać starego szpila prosto z Internetu i odpalić na emulatorze? No w sumie zostaje Ci szukanie oryginalnej gry, bądź zakup jej w dystrybucji cyfrowej. A co, jeśli wszystkie nośniki uległy zniszczeniu ze względu na ich wiek, a pierwotny kod źródłowy został utracony, bądź co gorsza, nadpisany przez nowsze produkcje studia, co było nierzadkim zjawiskiem kilkadziesiąt lat temu? Dlatego więc w tym artykule postaram się sensownie uargumentować pozytywne aspekty tego procesu, który często jest wykonywany w kontrowersyjny i nie do końca legalny sposób.

Na szczęście, w globalnej sieci można znaleźć wielu zapaleńców zbieractwa lub katalogowania, nieraz chętnych do współpracy nad różnorakimi projektami. Jedną z takich inicjatyw jest archive.org, Internetowe Archiwum, instytucja non-profit, która zajmuje się zbieraniem oraz udostępnianiem zasobów multimedialnych, tj. zapisów stron internetowych, filmów, skanów książek i czasopism, itp. Część z tychże zbiorów jest dostępna dla każdego przez Internet, jednak większy procent zawartości skierowany jest jedynie do badaczy czy historyków. Zasoby trafiają tam poprzez pracowników, sponsorów, użytkowników czy zautomatyzowane systemy. Ciekawostką jest, że przez długi okres czasu sekcja muzyczna była stale powiększana w rzadkie i często niedostępne już nagrania na skutek porozumienia z what.cd, nieistniejącym już trackerze specjalizującym się w wymianie muzyki zapisanej w formatach bezstratnych. Growym odpowiednikiem takowej organizacji byłoby chociażby redump.org w połączeniu z grupami scenowymi. Ta pierwsza zajmuje się katalogowaniem gier, zachowując wszelkie istotne informacje na temat wydań, jak kody kreskowe, informacje o wbudowanych zabezpieczeniach czy struktura plików na nośniku. Dzięki temu możliwe jest sprawdzanie poprawności danych pobranych z Internetu, bądź zgodności kopii naszej płyty z oryginałem. Oczywiście, dotyczy to jedynie nośników optycznych, wszelkie inne media zazwyczaj mają indywidualne projekty, jak NesCartDB dla Nintendo Entertainment System czy MAMEDB dla automatów. Wspomniałem o grupach scenowych, gdyż to oni są najstabilniejszym źródłem dobrych obrazów gier, co powoduje, że wkraczamy w szarą strefę, czy piractwo. To oni tworzą łamią zabezpieczenia nośników, bądź konsol, piszą własne programy do zrzucania tych danych, a następnie udostępniają światu na zamkniętych trackerach czy sieciach IRC. Później inni zajawkowicze pobierają gotowe paczki zwane romsetami w celu udostępniania ich innym, tak, by jak najwięcej osób miało kopię danych, przez co spada ryzyko utraty danych na zawszę. Wszyscy są szczęśliwi, może poza przemysłem growym, bo prowadzi to do utraty potencjalnych źródeł pieniędzy. Ale to prawdopodobnie dzięki tym ludziom będziecie mogli w przyszłości zagrać jeszcze raz w P.T. bez kupowania konsoli, która miała to demo pobrane ze sklepu.

Czytaj dalej...