Co nowego?

28 Cze

Na stronie wprowadziliśmy kilka zmian, które będziecie mogli ujrzeć na dniach!


10 Lip 2018

Jeden tytuł na ripicie

Gry od zawsze się kiedyś kończą. Koniec końcowi jest jednak nierówny. W wielu tytułach koniec często jest umowny i zależny w dużej mierze od gracza. Jedni odkładają tytuł na półkę po przejściu głównego wątku fabularnego, inni starają się ukończyć wszystkie zadania poboczne, a niektórym ciężko jest odpuścić grę, dopóki nie zobaczą 100% ukończenia w statystykach, bądź ekranie zapisu gry. Ze zręcznościówkami jest zresztą podobnie – to gracz ustala kiedy przestaje – jedni starają się po prostu dotrwać do końca lub, gdy on nie istnieje, pobić najwyższy wynik na lokalnej tabeli wyników, inni wolą rywalizować cały czas z graczami dookoła globu, by sięgnąć często odległego o miliony punktów szczyt. Oczywiście, pomijam tutaj kwestię gier-piaskownic, lecz z nich też zazwyczaj rezygnujemy po osiągnięciu ustalonego sobie celu. No okej, ale co z grami stricte internetowymi?

Podzielę je wpierw na trzy kategorie, by lepiej zobrazować różnice pomiędzy nimi. Mamy gry MMO, które pomimo ograniczonej liczby zadań, poziomów, osiągnięć , itp. kończą się dopiero w momencie wyłączenia serwerów, bądź innego „końca świata” proponowanego przez twórców gry. Następnie mamy różnorakie gry oparte na „poważnej” rywalizacji – w przypadku takowych można przyjąć, że kończą się po rozegraniu meczu. Owszem, występują często w nich systemy zdobywania punktów doświadczenia, lecz w dużej mierze ich rola sprowadzona jest jedynie do sygnalizacji czasu spędzonego przez gracza z grą. Na koniec mamy jeszcze gry, które pozwolę sobie nazwać… luźnymi. Luźne gierki charakteryzują się tym, że można do nich dołączyć w trakcie rozgrywki, a sam fakt wygranej, bądź przegranej schodzi na dalszy plan, gdyż liczy się głównie zabawa. Teraz więc mogę przejść do następnego pytania – po co grać, skoro rozgrywka kończy się po kilkunastu do kilkudziesięciu minut, bądź ciągnie w nieskończoność?

Czytaj dalej...


28 Cze 2018

Zły glina

Jestem wielkim fanem Sleeping Dogs. Prawdę mówiąc, jest to jedyna gra na PlayStation 3, którą splatynowałem i to z wielką przyjemnością. Pierwotnie, nazywała się True Crime: Hong Kong, lecz przeszła gra ta przez piekło deweloperskie: została najpierw anulowana przez Activision, a następnie odsprzedana do Square Enix. Ostatecznie, trzeba było czekać aż sześć lat aż tytuł ujrzy światło dzienne. Świadomy tych informacji natychmiast zakupiłem więc True Crime: Streets of LA podczas wizyty w łódzkich sklepach z grami. Poza chęcią sprawdzenia duchowego prekursora śpiących piesków skusiła mnie niska cena – piętnaście ziko za gierkę nie boli w kieszeń. W sumie, to na naszym profilu FB możecie nawet sprawdzić kiedy to było – zazwyczaj wrzucamy fotki z ostatnich łupów.

Pierwsze co uderza w tej grze to kliszowość. I nie, nie uważam tego za minus tej gry, a za największy plus. Przez całą fabułę jesteśmy karmieni największymi sztampami Hollywoodu doprawianymi sucharami zarzucanymi przez głównego bohatera, Nicka Kanga. Korupcja w policji, ruska mafia, chińskie triady, wybuchowe zombie, ogniste smoki, Korea Północna… wróóóóóć. Chyba trochę się zagalopowałem. Ale zacznijmy od przedstawienia głównego bohatera. Kang jest dość niegrzecznym policjantem żyjącym w Los Angeles, który zostaje wcielony ponownie do służby – miła murzynka rekrutuje go do Elite Operations Division, autonomicznego oddziału LAPD (czyt. elejpidi, tak brzmi fajniej). Ale tak naprawdę to drugorzędna sprawa, gdyż Kang ma wszystko gdzieś i działa cały czas na własną rękę. Niestety, dużego wachlarza zadań nasz protagonista nie ma. Pojedź do celu (w tym również wariant z próbą czasową), śledź inny pojazd, sklep wszystkich bandziorów używając kung-fu (nie wiem czy to akurat ta sztuka walki, tak mówi Oskier) lub broni palnej, albo zaczaj się do jakiejś miejscówki, po drodze ogłuszając lub zabijając wszystkie napotkane osoby. Fakt, zalatuje to monotonią, ale czas gry nie jest wygórowany, a plot twisty fabularne wynagradzają nasze poświęcenie. Śledzenie pojazdów to najgorszy patent występujący w grach od zawsze, strzelanie z broni palnej ogranicza się do biegania i maszowania R1 (możesz celować, ale po co?), walki wręcz możesz przejść klikając na pałę guziory, a skradanie to bieganie od osoby do osoby, by powalić ich ciosem z karata, uważając by nie wdepnąć w gówno czy odłamki szkła. Więcej nic nie zrobicie, poza drobnymi odstępstwami od normy, lecz te zazwyczaj schowane są jako alternatywne misje. Przykre.

Czytaj dalej...


28 Cze 2018

Dobry glina

Po ogromnym sukcesie jaki odniosło Rockstar Games, wprowadzając serię Grand Theft Auto w trzeci wymiar, rozpoczęła się moda na strzelanki z widoku trzeciej osoby, osadzone w (częściowo) otwartym świecie. W przeciągu kilku lat doczekaliśmy się więc zalewu podobnych produkcji, pozwalających zakosztować wesołego życia gangstera. Niektórym developerom wyszło to całkiem zgrabnie, a innym ciutkę gorzej. Pozycji, jaką obejmowały kolejne części GTA, żadnemu innemu tytułowi nie udało się już zająć, a trzeba przyznać, że pretendentów było wielu. Takie aspiracje wydawało się mieć także True Crime: Streets of LA, pozwalające dla odmiany wcielić się w stróża prawa, który nie zawsze postępuje zgodnie z regulaminem.

Jako Nick Kang poprowadzisz szalone śledztwo, wyjęte żywcem z amerykańskich filmów sensacyjnych. Jeżeli lubisz oglądać Polsat to fabułę już mniej więcej znasz. Przy okazji rozpracowywania poważnej sprawy kryminalnej, główny bohater musi uporać się z przeszłością swojego ojca i wywrzeć zemstę na tych, którzy sobie nagrabili. Albo odwrotnie: sprawa jest tylko pretekstem do zemsty. Szczerze mówiąc, historia mnie nie kupiła, ponieważ nie potrafię znaleźć klucza do jej odczytania. Nawet, gdy na ekranie dzieją się najbardziej chore i niedorzeczne rzeczy, nie mam pewności, czy to jest świadome śmieszkowanie, czy oni z tym tak na poważnie. W kontekście fabuły warto jeszcze zaznaczyć, że przygotowano trzy różne zakończenia w zależności od tego czy jesteśmy dobrym czy złym gliną. Ludzie lubią przecież wybory moralne w grach, dlatego każda akcja jaką podejmujesz, wpływa na twoją karmę. Rozchodzi się nie tylko o eksterminację niczego nie świadomych przechodniów, ale także sposób rozwiązywania problemów zawodowych. Zabijając bandytów strzałem w głowę raczej nie zasłużysz sobie na order, więc możesz załatwić sprawę grzecznie i zneutralizować przeciwnika np. poprzez okulawienie.

Czytaj dalej...


17 Cze 2018

Nintendont - jak uruchamiać gry z GameCube'a na Wii przez USB?

Prawie wszyscy dobrze wiemy, że jedną z zalet Wii jest kompatybilność wsteczna. Pod klapkami na górze konsoli sprytnie ukryte są cztery porty na pady oraz dwa wejścia na memorki od GameCube’a. Ale co zrobić w czasach, gdy przykładowo Metal Gear Solid: The Twin Snakes kosztuje na znanym portalu aukcyjnym aż 330 złotych, a my mamy na utrzymaniu dom, dzieci, samochód i tonę innych mało istotnych rzeczy? Otóż z pomocą przychodzi Nintendont autorstwa FIX94. Aplikacja ta pozwala na uruchamianie gier z GameCube’a poprzez kartę SD, wejście USB lub z płyty, bez zabawy w różnorakie modyfikacje. Ten poradnik skupi się jedynie na opcji poprzez port USB, gdyż jest to najefektywniejszy wariant. Zakłada również, że Twoja konsola jest już przerobiona.

Czego potrzebujemy? Oczywiście przerobionej konsoli Wii z zainstalowanym The Homebrew Channel oraz oficjalnym, niemodyfikowanym IOS58. Jeśli Twoja konsolka już uruchamia gry z dysków USB, masz już to za sobą. Jeśli nie, przerób najpierw swoją konsolę.

Czytaj dalej...


13 Cze 2018

Gungrave

Lubicie anime? No wiecie, te chińskie bajki, w których osiłki biją się po głowach, małe dziewczynki mają magiczne moce, chomiki jedzą słonecznik i tym podobne. Otóż ja przeżywałem fascynację takimi serialami animowanymi gdy byłem nieco młodszy, a i dziś zdarzy mi się coś obejrzeć bez poczucia wstydu i utraty szacunku do własnej osoby. Myślę, że to odcisnęło piętno na moim poczuciu estetyki. Okładki gier, na których widzę postaci niemal żywcem wyjęte z tak lubianych niegdyś bajeczek przykuwają mój wzrok. Druga sprawa, że po prostu lubię japońskie gry. Gdy pewnego razu szperałem w pobliskim sklepie pośród tytułów na PlayStation 2, w moje ręce dostało się pudełko, z napisem Gungrave i obrazkiem utrzymanym w stylistyce japońskich filmów animowanych, przedstawiającym jakiegoś dziwaka z dwoma spluwami. To wystarczyło bym zdecydował się na zakup.

Osoba mająca największy wpływ na tę produkcję od strony artystycznej to Yasuhiro Nightow, czyli człowiek odpowiedzialny za szalenie popularną niegdyś mangę pod tytułem Trigun, mającą swoich fanów także w naszym kraju. Gość zaprojektował postacie i napisał fabułę, za co ma u mnie plusa. Trzeba mieć naprawdę głowę na karku, żeby w jakiś sensowny sposób stworzyć historię do gry, w której przez około dwadzieścia minut każdego poziomu nie ściągasz palca ze spustu. Z szacunku do czytelników nie będę jej streszczał, powiem tylko, że jest to historia o zemście, osadzona w świecie niewesołej przyszłości, gdzie technologia jest w stanie oszukać śmierć. Zaznaczę też, że dostrzegam w postaci Grave’a kilka „inspiracji” takimi seriami jak Hellsing (typ mógłby być bratem Alucarda) czy Devil May Cry (dwa gnaty jako podstawowa broń). Myśle, że ogólna stylistyka tej produkcji jest jej najmocniejszą stroną. Kolejne elementy intrygi odsłaniają się przed graczem w trakcie pięknych scenek, które można łatwo pomylić z tradycyjną animacją. Naprawdę wygląda to kozacko na małym telewizorku CRT. Niestety, gdy przejmujemy kontrolę nad protagonistą, następuje znaczny spadek jakości wyświetlanej grafiki, co może dziś wielu z nas przeszkadzać. Tę wadę, podobnie jak nudne i puste lokacje, oraz spadki w płynności zrzucam jednak na czas w jakim Gungrave debiutował, a był to rok 2002. Zdaję sobie sprawę, że lepiej było załadować więcej przeciwników na metr kwadratowy, niż tracić zasoby konsoli na bzdurne elementy otoczenia jak np. wazonik. Powiem więcej, ja takie podejście szanuję.

Czytaj dalej...